czwartek, 14 maja 2015

Po 600 odcinku...

Muszę przyznać, że w 600 odcinku aż kipiało od AdWi. Szkoda, że to tylko sen.
Zaskoczyło mnie to, że podano nam informacje, iż Wiktorii przyśni się o nagrodzie nobla i o tym, że będzie miała Adama na męża...Tak się nie stało. Co prawda, było o tej całej Dance i o seksie Adama i Wiktorii i o tym, że Adam przybiegł do kościoła...i na tym się skończyło. Sen skończył się na tym, że Adam stał na środku kościoła i patrzył na Wiktorię a ona na niego. Potem się obudziła...powiedziała "Kocham cię..." przez sen, lecz nie wiemy do kogo. Dziwne...a może w 601 odcinku będzie kontynuacja? Chyba, że podali nam złe informacje...
Oto skan ze SNU Wiktorii:

Muszę wam przyznać, że zawiodłam się na tym odcinku :(
Liczyłam na ten sen z Nagrodą Nobla i w ogóle...a tu nic :(
Odcinek można obejrzeć na senasiku.tv  za darmo.

PS.A le muszę przyznać, że ten pocałunek sprawił, że ze szczęścia podskoczyłam pod sufit :D

czwartek, 30 kwietnia 2015

" Tak bardzo żałuję..." JEDNORAZÓWKA!

Oto jednorazówka, czyli opowiadanie jednoczęściowe:) Mam nadzieję, że się wam spodoba. Jest to opowiadanie o Wiktorii, Adamie i Blance:)

Nie daję rady go dłużej utrzymać. Przewraca się z impetem na ziemię, tracąc przytomność. . Podbiegam do niego.
- Wstawaj, wstawaj! - krzyczę ze łzami w oczach, okrążając go na około i kucając przy nim. Nachylam się nad nim i potrząsam.- Mów mi co mam robić! - jestem bezradna. Gęste krople deszczu spadają z moich włosów, na jego twarz.- Adam?!- mój głos jest coraz bardziej łamiący....
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
( Kilka godzin wcześniej)
Weszła do szpitala, wyraźnie rozdrażniona. I tu chyba nie chodzi o bycie salową. Nawet się już do tego przyzwyczaiła...Znalazła "bratnią duszę" w tym przypadku Krajewskiego. W szpitalu jest okej...niestety, na każdym kroku spotyka się ze znienawidzonym Tomaszem i nadopiekuńczą Wiktorią. Ktoś krzyknął jej imię. Odwróciła się, kiedy w tym samym czasie owa osoba była już przy niej.
- Co ty taka zła, co?- spytał Krajewski, chwytając jej podbródek i zbliżając go do siebie.
- Przestań...- Odsunęła jego rękę, uśmiechając się delikatnie.- Masz nadopiekuńczą matkę?- zapytała o zupełnie co innego. Zmarszczył brwi, spoglądając pytająco na nastolatkę.
- Można powiedzieć...sam nie wiem-powiedział. Szli powoli korytarzem.
-  A ja mam...- spojrzała na niego i zmusiła by się zatrzymał.- Czy ty się kochasz w mojej mamie?- to pytanie kompletnie go zaskoczyło. Stanął jak osłupiały. Czy to, że jest po uszy zakochany w Consalidzie jest aż tak bardzo widoczne? Pokiwał lekko głową.
- Nie...Blanka, nie...- próbował ją zapewniać, lecz ona tylko uśmiechała się.
- Jasne...- powiedziała z ironią, znów zaczynając iść wzdłuż korytarza. 

Siedziała zamyślona w swoim gabinecie. Zdecydowanie nie dogadywała się ze swoją córką...Żałowała tego. Czasami wydawało jej się, że to Adam ma z nią lepszy kontakt. Oparła bezradnie głowę o biurko. Nagle ktoś niczym huragan wparował do pomieszczenia. Błyskawicznie podniosła głowę, spoglądając na tą osobę. Była to Blanka.
- Tak?- spytała.
- Słuchaj...nie mam nic do roboty. Wszystko ogarnięte, żaden pacjent się na skarży...- przerwała na chwilę, spoglądając na karcący wzrok matki.- Ej, o co ci chodzi?- rozłożyła ręce, w geście oburzenia- Idę do domu...- nie czekała na odpowiedź Wiktorii. Wyszła z jej gabinetu. Rudowłosa ani chwili się nie wahając, wybiegła za córką.
- Blanka...- złapała ją za nadgarstek, wręcz zmuszając, aby obróciła się w jej stronę.
- Daj spokój...- mówiła znudzona nastolatka- Nawet jeśli teraz się pogodzimy, to i tak za kilka godzin się pokłócimy.- mówiła spokojnie, patrząc Wiktorii w oczy- Więc po co to?- Teraz Wiktoria nie wiedziała co powiedzieć. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu dotknęły ją słowa wypowiedziane przez Blankę.  Wszystkiemu przyglądał się Adam, który po chwili czasu postanowił podejść do skłóconych kobiet.
- Widzę, że w powietrzu panuje napięta atmosfera...
- Adam..- spojrzała na niego lodowatym wzrokiem Consalida, lecz ten kontynuował.
- Słuchajcie, a może przeszlibyśmy się na jakiś spacer...taki całkowicie na luzie.Godzący, zapoznawczy...
- Zapoznawczy?- zaśmiała się nastolatka.
- Tak.- uśmiechnął się w jej stronę. Wiktoria otarła czoło.
- No...- westchnęła- możemy...
- Okej...to po pracy...o której kończysz?- spytał.
- Ymmm...- zamyśliła się- uzupełnię sterty papierów i jestem wolna.
- A ty? obrócił się w stronę Blanki.
- Ja już jestem wolna- mówiła, spoglądając z uśmiechem zwycięscy na matkę. Ta tylko pokręciła z dezaprobatą głową.

Czekali przed szpitalem na Wiktorię. Siedzieli na ławce, co chwilę żartując i komentując wszystko na około: ludzi, rośliny...wszystko. W końcu wyszła. Ubrana w sukienkę, czarne botki oraz żakiet. Wstał i mimo, że był oczarowany jej wyglądem, zaśmiał się.
- W tym zamierzasz iść na spacer?
- No...- mówiła niczego nie świadoma.
- Mamo...idziemy do lasu, nie do restauracji...- wyśmiała ja Blanka.
- W takim razie co mam założyć?
- spodnie, jakąś kurtkę...- wymieniał Krajewski.
- Pf...- wydukała- dajcie mi 5 minut...- ruszyła szybkim krokiem w stronę Hotelu Rezydentów. Tak naprawdę nie mieszkała już tam, ale zawsze mogła liczyć na pomoc Agaty.
- Ta...chyba 50...- dodała cicho nastolatka, z powrotem siadając na ławce.

Po co najmniej 15 minutach wyszła ubrana w sportowe ciuchy. Towarzystwo siedzące na ławce wstało i wraz z Wiktorią udało się na parking, do samochodu Adama.
- Teraz wyglądasz jak człowiek...- próbował objąć przyjaciółkę, lecz zamiast tego, dostał łokciem w żebra. Wsiedli do samochodu.
- Daj poprowadzić...- wyskoczyła z tylnego siedzenia.
- O nie, nie, nie...
- No proszę.- błagała nastolatka.
- Wiesz, ile ten samochód był warty?- obrócił głowę w jej stronę.
- No przestań...przecież umiem prowadzić!- oburzyła się- proszę...
- Nie...nie Blanka...- odpalił samochód. Zrezygnowana nastolatka opadła na siedzenie.

Dojechali do małego zajazdu przy lesie. Wysiedli z samochodu. Blanka niechętnie podeszła do Wiktorii.
- Myślisz, że w ten sposób się pogodzimy?- spytała.
- Nie mam pojęcia...- odpowiedziała sucho nastolatka.
- No to co drogie panie?- wyszczerzył się do nich- idziemy?- nie czekał na odpowiedź. Wyminęły go i ruszyły do przodu.  Rozłożył bezradnie ręce i ruszył za nimi, chodź to on znał drogę. "Wcisnął" się pomiędzy kobiety i obie objął ramieniem.
- Czujecie to?- spytał, biorąc głęboki oddech rześkiego, leśnego powietrza.
- Ten smród łajna? Wspaniały...- powiedziała ironicznie Blanka , próbując wydostać z się z objęcia Krajewskiego, lecz ten skutecznie jej to uniemożliwił.
- Dobra...wchodzimy do lasu, potem wychodzimy na górkę i tam jest polana.
- Ile trzeba iść?- spytała niechętnie nastolatka.
- Pół godziny...dasz radę...- poklepał ją po plecach, ruszając przodem.

Szli przez las, co chwilę potykając się o gałąź. Blance przeszkadzało tylko jedno- dlaczego to las a nie centrum handlowe?! To pytanie co chwilę dudniło w jej głowie. I jeszcze te nieznośne komary...
- Kiedy będziemy na tej łące czy czymś...- mówiła, odganiając od siebie kolejne stado krwiopijnych zwierząt.
- Za chwilę..- ich oczom ukazała się stroma górka- Za tą górką...- uśmiechnął się do nich.
- Jeżeli nie mamy wyboru...- Wiktoria zaczęła iść przodem, lecz po krótkim "samodzielnym" spacerze po górce, upadła na ziemię. Podszedł do niej i z uśmiechem na twarzy podaj jej dłoń. Podniosła lekko głowę, piorunując go wzrokiem. Niechętnie podała mu rękę. Tym razem wszyscy zaczęli iść w górę.

Po dłuższej chwili wdrapali się. Wszyscy byli zmęczeni. Nagle ich oczom ukazała się łąka...leśna polana bez drzew. Widok był powalający. Warto było się namęczyć. Podeszli odrobinę do przodu. Wiktoria usiadła na wielkim kamieniu.
- No...- próbowała złapać oddech- ładnie tu...
- Tak...- wyprostował się Adam- Teraz mam wam coś jeszcze do pokazania.
- Ja nie...nie idę...- oparła łokcie o kolana.
- W takim razie idziemy sami, nie?- skierował się w stronę Blanki. Pokiwała obojętnie głową- Za chwilę przyjdziemy- uśmiechnął się serdecznie do Wiktorii. Wraz z młodą Consalidą ruszyli przed siebie.
Po paru minutach drogi ich drogę zagrodził rząd tui. Adam przeszedł pierwszy, rozchylając krzaki tak, by nastolatka mogła przejść. Przeszła...stanęła jak wryta. Jej oczom ukazał się klif...pokryty trawą. Szybkim krokiem podeszła do jego krawędzi. Spojrzała w dół. Kilka metrów...5-6. Przesunęła się lekko w lewo...nagle coś pod jej nogami zaczęło się kruszyć...
- Uważaj!- usłyszała krzyk chłopaka, który zaraz potem był już przy niej. Krawędź obsunęła się, a oni zaczęli turlać się po zboczu...

Spadli...zaczęła kaszleć od piasku, który był w powietrzu...leżała na brzuchu. Podniosła się na łokciach.
- Żyjesz?!- krzyknęła. Nie usłyszała jednak odpowiedz. Spojrzała w tył. Leżał tam Adam...Zaczęła się czołgać w jego stronę. Był ledwo przytomny. Spadł na metalowy pręt...przebił jego bok na wylot. Leżał na plecach. Wstała i nachyliła się nad nim...
- O rany...- mówiła przerażona, przyglądając się prętowi, który tkwił w brzuchu Adama.
- Musisz pociągnąć...- zaniemówiła. Nie wiedziała jak...co...
- Okej...- pokiwała lekko głową. Podała mu rękę i chwyciła za bark. Po chwili już stał obok niej...ledwo, ale stał...uginał się tamując krew wypływającą z jego brzucha...
- To nie był dobry pomysł...mogliśmy poczekać na kogoś...- mówiła przerażona dziewczyna.- Musimy iść do Wiktorii...Chodź...oprzyj się na mnie- założył rękę na jej szyję. Podpierając Adama ruszyła do przodu.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

- No dawaj!- szarpię go za ramiona. Deszcz staje się coraz bardziej natarczywy. - Proszę cię...nie wiem co robić!-płaczę...nawet nie znam drogi powrotnej. Nie mam pojęcia jak wrócić., dlatego tak ważne jest dla mnie, aby się obudził.- Musisz wstać, Adam!- co teraz? Próbuję go podnieść. Jest nieprzytomny...a ja z całych sił staram się utrzymać go na moich ramionach...Przechodzimy zaledwie kilka metrów a ja znów puszczam chłopaka, by bezwładnie opadł na ziemię. Kucam przy nim...modlę się, by ktoś się tutaj pojawił. Ktokolwiek! Choćby jakiś spacerowicz, który po prostu dałby radę nam pomóc. Ciągnę go za ramiona. Obiegam dookoła i kucam po jego prawej. Rozglądam się dookoła. Słyszę jakiś szelest...z początku się boję...zza krzaków wybiega spanikowana Wiktoria. Podbiega do nas i kuca po drugiej stronie Adama.
- Co się stało?! Słyszałam wasze krzyki...- mówi nie świadoma jeszcze tego, co się stało...i tego,że Adam ma dziurę w brzuchu.
- No...zobacz...- mówię drżącym głosem, odsłaniając  koszulkę Adama. Odsuwam głowę, nie chcąc widzieć rany...
- Co mu się stało...? Adaś...- Wiktoria próbuje go obudzić...z początku nie zważałam na mój upadek tylko zajmowałam Adamem...to chyba w tych nerwów...zaczyna mi się robić duszno. Bolą mnie plecy ...przechylam się na trawę, mdlejąc.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziała w jego sali. Odzyskał przytomność...to uspokajało ją.  Blanka również jest już przytomna, siedzi na Izbie, Agata zszywa jej rozcięty łuk brwiowy.
- Bardzo cię boli?- spytała.
- Nie...dostałem sporą dawkę przeciwbólowych...- powiedział, uśmiechając się do niej lekko.
- Będzie dobrze.- odwzajemniła uśmiech.
- Wiki? Chodź, muszę ci coś powiedzieć...- dał jej wyraźny znak...nachyliła się nad nim....Cisza. Spojrzała na jego twarz. Był od niej oddalony o milimetry.
- Ładnie dziś wyglądasz...- uśmiechną się uwodzicielsko. Odepchnęła go i usiadła na krześle...Oczywiście, że mówi to z ironią...potargane spodnie, brudna od błota kurtka, rozczochrane od deszczu włosy...
Po chwili do sali weszła Blanka, z plastrem nad brwią.
- Jestem...Widzę, że przerwałam miłosną scenę...- uśmiechnęła się- Tomasz czeka na Ciebie przed szpitalem- mówić to, już przestała się uśmiechać.
- Niech poczeka...- uśmiechnęła się do córki a potem do Adama.

Minęło kilka tygodni...Adam wrócił już do pracy...wszystko jest po staremu. Tomasz, Tomasz i jeszcze raz Tomasz. Na szczęście ma przy boku wspaniałego przyjaciela...Kto wie, może nawet kiedyś oboje spełnią swoje marzenia...bo przecież ich do siebie ciągnie!

Oto moje bazgroły...mam nadzieję, że się spodoba :) /Zuza

czwartek, 23 kwietnia 2015

" Ostatni wschód słońca" [4] KONIEC!

Tak ładnie prosiliście, więc oto kolejna część.

Szwendałam się po pokoju, nieudolnie próbując znaleźć miejsce dla siebie. Bałam się, że Adam znów coś sobie zrobi...przecież kocha szybką , a co się za tym kryje, niebezpieczną jazdę. Przystanęłam na chwilę, zawieszając wzrok na zdjęciu, które znajdowało się na komodzie. Ja i Adam, robiący głupie miny...na wycieczce w góry. Nasza przyjaźń była taka cudowna, dopóki nie zaczęłam spotykać się z Tomkiem. Teraz raz na zawsze chcę wyrzucić Rzepeckiego z pamięci....Przechyliłam ramkę, tak, by zdjęcie leżało na dole...żebym go nie widziała. Stałam tyłem do okna. Nagle usłyszałam znajomy odgłos silnik. Pobiegłam z nadzieją do okna...niestety, miejsce parkingowe cały czas stało niezajęte, więc musiało to być inne auto. Usiadłam na kanapie, zamykając oczy i pogrążając się w zamyśleniach.

Otwarłam je z powrotem, orientując się, że zasnęłam...było po 22. Podeszłam leniwym krokiem do okna...jeszcze nie przyjechał. Nagle coś mi zaświtało...przerażona pobiegłam do jego pokoju.
Bez wahania z impetem nacisnęłam klamkę, wchodząc jednocześnie do środka. Przeszukiwałam cały pokój...z zamiarem znalezienia listu, który Adam dostał od Wojskowych Służb Medycznych. Znalazłam...bez zastanowienia wyjęłam w pełni zapisaną kartkę...
Oniemiałam w moich oczach zabłysnęły małe łzy, które sekundę później znajdowały się już na moich policzkach. Jutro...Adam jutro wyjeżdża. Cała drżałam i nie mogłam nawet odłożyć listu z powrotem do koperty...po prostu nie mogłam. Kilkadziesiąt raz upewniałam się, czy na pewno wszystko dobrze przeczytałam. Ze zwieszoną głową poszłam do swojego pokoju.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Obudziłam się, poprzez hałas dobiegający zza ściany. Naburmuszona wyszłam  z pokoju. Widziałam tam tylko płaczącą Agatę. Podeszłam do niej, nie do końca rozbudzona.
- Co się stało?- spytałam ochrypłym głosem, który prawdopodobnie był spowodowany prawie całonocnym płaczem.
- Nie wiesz...Adam i Przemek wyjeżdżają...- dalej już jej nie słuchałam...Szybko spojrzałam przez okno, które znajdowało się obok drzwi na parking. Wielkie, wojskowe auto stało na chodniku, a w nim kilku ludzi ubranych w stroje wojskowe. W piżamie niczym tornado wpadłam na drzwi. Szybko rozglądnęłam się dookoła. Ujrzałam Adama i Przemka, którzy idą do owego samochodu. Zaczęłam biec w ich stronę, krzycząc imię Krajewskiego. Teraz miałam głęboko gdzieś, czy mnie wystawił, czy nie...Teraz liczyło się tylko to, by go zobaczyć...i najtrudniejsze- żeby mu wszystko wyznać...WSZYSTKO. To, jak bardzo za nim tęskniłam, gdy miał dyżur. To, jak dobrze mi się z nim pracowało. To, jak każdy jego dotyk sprawiał, że na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. To, że gdy na niego patrze, czuję motylki w brzuchu..Teraz nadszedł ten czas.
Odwrócił się energicznie, smutnymi oczami patrząc na mnie stanęłam na przeciwko niego. Nie miałam pojęcia od czego zacząć...co mu powiedzieć...
- Adam...- zaczęłam niepewnie, nie wiedząc jak dalej potoczy się ta rozmowa. Spuściłam głowę w dół, lecz gdy spostrzegłam, że nie mamy dużo czasu, ponownie ją podniosłam i zaczęłam mówić.
- Nie gniewam się....naprawdę. Cholernie się o ciebie bałam...- w moich oczach zaszkliły się łzy- I nie wiem co mam teraz powiedzieć...Bo...jesteś dla mnie po prostu ważny...- wybuchnęłam płaczem. Nie musiałam nic więcej mówić. Przytulił mnie najmocniej jak potrafił. Jeszcze bardziej wtuliłam się w jego ramiona, zanosząc się płaczem...tym razem pomieszanym ze szczęściem i w jakimś stopniu nie skończonym jeszcze smutku.
- Nie mów nic...- odchylił mnie delikatnie od siebie i ujął moją twarz w swoich dłoniach. Namiętnie wpił się w moje usta...nie przestawał mnie całować...ja wcale nie chciałam, żeby przestawał. Oderwał się.
- Kocham cię...- szepnął do mojego ucha
- Ja ciebie też...chcę tylko kawałka nieba...- odwróciłam lekko głowę.- patrz...- również on ją odwrócił. To...ten widok był nieziemski. Prawdziwy, najprawdziwszy wschód słońca.
- Mam nadzieję, że to nie ostatni...to by było najgorsze zerwanie...bo...- zawahał się.
- Tak...jesteśmy razem- wtuliłam się w niego.
Teraz przyszedł czas na pożegnanie. Płakałam przy jego słowach, że wróci, że wszystko będzie dobrze. Ostatecznie, szczerze i wprost z serca powiedziałam mu, że jest najważniejszą osobą w moim życiu...
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie było go...ponad 4 miesiące. Codziennie modliłam się, by wyszedł z tego cało. Siedziałam, teraz w dużym fotelu, postawionym w salonie...Oglądałam nasze wspólne zdjęcia...wszystkie jakie mieliśmy...zostały zrobione, gdy byliśmy dopiero przyjaciółmi. Zadzwonił mój telefon. Z początku, nie chciałam, aby ktokolwiek mi przeszkadzał...Lecz po chwili nieustępliwego dzwonienia, w końcu zerknęłam na ekran. Przemek...
- Tak?- spytałam.
- Wiki...ja...- słyszałam jego załamany głos.

Nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam do Przemka...Skuliłam się w kulkę i zaczęłam zansić się rzewnym płaczem.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziałam na ziemi, bawiąc się źdźbłem trawy. Siedziałam obok niego....obok mojego ukochanego. Łzy bez przerwy spadały na moje policzki. Już nie miałam ich siły wycierać...w końcu za chwilę znów pojawią się kolejne....kolejne oznaczające jak bardzo go kocham...Tak tak...dobrze myślisz. Była na cmentarzu, siedząc obok grobu Adama...mojego Adasia. Odszedł...tak nieoczekiwanie. Odszedł wtedy, kiedy wszystko zaczęło się dobrze układać...
- Przecież chciałam tylko kawałek nieba...- szepnęłam.

                                                            KONIEC!

Mam nadzieję, że historia się wam spodobała. Wiem, że zakończenie może wams się kojarzyć z zakończeniem poprzedniej serii, jednak w skutkach jest zupełnie inne.
Za niedługo pojawi się nowa seria./ Zuza

sobota, 18 kwietnia 2015

"Ostatni wschód słońca" [3]

Byłam okropnie zdenerwowana na Adama. Wystawił mnie! Przecież sam się ze mną umówił...smutek przeistoczył się w złość. Weszłam do lekarskiego, trzaskając z ogromną siłą drzwiami. Nie miałam gdzie iść, a chirurgów na dyżurze jest dosyć, także nawet jeśli wzięłabym dodatkowy dyżur, to nic bym nie robiła. Usiadłam zdenerwowana na kanapie.
Miałam chwilę czasu aby po prostu pomyśleć...nad tym wszystkim, nad moim życiem.
O Adamie...przeżyliśmy razem naprawdę wspaniałe chwilę. Nasza pierwsza...potem druga noc....Eh, nie warto nad tym wszystkim negocjować. Wybrałam Tomka, lecz, jak się okazało, nie byliśmy sobie dani. Teraz nie mam nikogo. Agata....to przyjaciółka. A mi potrzeba męskiego ramienia. Które mi we wszystkim pomoże...Nie chciałam już o nim myśleć. Skutecznie...
Wstałam i odreagowałam swoją złość rzucając wazonem z kwiatkami w ścianę. Piękne, pachnące jeszcze łąką chabry rozsypały się na ziemi. Wzięłam do ręki torebkę i patrząc załzawionymi oczami na kwiaty wybiegłam z lekarskiego.
Biegłam zdenerwowana przez korytarz. Wybiegłam ze szpitala i skierowałam w stronę Hotelu
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wraz z Marysią siedziałem u mnie w pokoju. Rozmawialiśmy tak naprawdę o wszystkim...o tym co się zmieniło przez te lata, o tym jak my się zmieniliśmy...
- Masz dziewczynę?- zapytała nagle Mary.
- Nie...- powiedziałem ciekawy.
- A ja nie mam chłopaka- mruknęła uwodzicielsko. Przysunęła się i usiadła przodem do mnie, na moich kolanach. Po woli rozpinała guziki mojej koszuli. Pocałowała mnie...ja odwzajemniłem. Już chciała całkowicie zdjąć moją koszulę, gdy nagle przypomniałem sobie o spacerze z Wiki.
- Nie!- krzyknąłem odpychając ją od siebie. Usiadła zawiedziona obok mnie. Schowałem twarz w dłoniach- Nie możemy...- powiedziałem cicho. Zacząłem zapinać guziki koszuli. 
- Dlaczego?- dopytywała.
- Bo nie... w ogóle nie powinniśmy się spotykać.- powiedziałem zły.
- Adam...- wstała. Ujęła moja twarz w swoich dłoniach. Tym razem powstrzymałem się.
- Zostaw...- rzuciłem cicho zsuwając jej ręce z mojej twarzy.- Wyjdź...- odwróciłem od niej głowę.
- Ale Adaś...
- Wyjdź! - krzyknąłem, pokazując palcem drzwi. Po jej policzku zleciała łza. Wyszła trzaskając drzwiami.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wchodziłam po schodach, które prowadzą do hotelu. Nagle drogę zagrodziła mi rozemocjonowana koleżanka Adama....ta, z którą się spotkał...Przeszła obok mnie. Płakała. Weszłam do środka.
Zastałam tam Adama siedzącego w kuchni, na krześle. Zdjęłam buty, przez co narobiłam hałasu. Odwrócił się do mnie. Wstał z krzesła i powolnym krokiem skierował się w moja stronę. 
- Długo czekałaś?- spytał.
- Wystarczająco długo...dopóki nie zauważyłam się z jakąś laską...- znów zrobiło mi się niesamowicie przykro. 
- Wiki, ja...
Przestań!- krzyknęłam, przerywając mu- Ja myślałam, że jesteś coś wart...Tak się cieszyłam na ten spacer! Nawet nie wiedziałam dlaczego. Przy tobie czuje się...inaczej! - zawiesiłam głos. Patrzył na mnie z rozszerzonymi źrenicami- Myślałam, że jesteś inny...zawsze o mnie walczyłeś...chciałam ci dać szansę! A ty po prostu wystawiłeś!-krzyknęła- Więc nie mów mi, że to był tylko przypadek...- powiedziałam cicho. Otarłam małą łzę.
- Przepraszam...- spuścił głowę z dół.
- Pf...- wyminęłam go i ze złością udałam się do mojego pokoju. 
Myślałam, że jest coś wart...ja mu to naprawdę powiedziałam! No super..Za niedługo wyjeżdża...Ja tak nie mogę... Usiadłam na skraju łóżka i spuściłam głowę w dół. Rude kosmyki włosów opadły na moją twarz...Nagle usłyszałam pisk opon i odjazd samochodu. Wstałam i spojrzałam na parking...na miejsce gdzie zawsze stało auto Adama. Teraz było pusto...

Tak, wiem...nie było mnie prawie miesiąc...mam nadzieję, że się wam spodoba/ Zuza

piątek, 17 kwietnia 2015

środa, 1 kwietnia 2015

"Ostatni wschód słońca" [2]

- Z własnego doświadczenia wiem, żeby zrobić kanapkę, nie potrzeba obieraczki do ziemniaków...- mówiłam zszywając ranę, po rozcięciu obieraczki do ziemniaków pacjentowi. Miałam dzisiaj dyżur na Izbie, co dla mnie jest wręcz katorgą.
- Pani nie wie, jak to się stało...- odezwał się delikwent.
- Wolę nie wiedzieć...- przykleiłam opatrunek.- Za dwa tygodnie ściągamy szwy...- zdjęłam rękawiczki. Mężczyzna udał się do wyjścia.- Proszę uważać na przyszłość!- krzyknęłam. Zniknął za drzwiami. Pierwszy raz od rana ( a jest godzina 13) mam chwilę dla siebie. Usiadłam na krześle i zaczęłam coś bazgrolić na kartce. Nagle usłyszałam pukanie w drzwi. Już myślałam, że to kolejny pacjent...ku mojemu zdziwieniu i uldze, okazał się to być Adam. Uśmiechnęłam się do niego. Usiadł na przeciwko mnie.
- Chcesz, żebym cię zbadała?- zapytałam ironicznie.
- Nie...chciałem się zapytać, o której kończysz.- uśmiechnął się do mnie łobuzersko. Zdziwiłam się.
- O...18- powiedziałam powoli, patrząc mu prosto w oczy i próbując coś z nich wyczytać.
- Będę czekał...-mówił wstając energicznie z krzesła. Jeszcze chwilę siedziałam zamurowana, podczas gdy Adam już dawno wyszedł ze szpitala.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie zebrałem się na odwagę i zaprosiłem ja na ....nie wiem czy to można nazwać randką. Powiedzmy, że tak. Dumny z siebie szedłem przed siebie. Nagle ktoś wskoczył na moje plecy i dłońmi zakrył moje oczy. Wziąłem w ręce zgrabne, kobiece dłonie i cały czas trzymając je odwróciłem się... Było mi w to bardzo trudno uwierzyć.
- Adaś!- krzyknęła. Rzuciła mi się na szyję.  Przytuliłem ją z całych sił.
- Marysia, co ty tu robisz?- zapytałem nadal zdziwiony tuląc przyjaciółkę. Razem studiowaliśmy. No i byliśmy parą...ale rozstaliśmy się i pozostaliśmy przyjaciółmi. Odchyliła lekko głowę,
- Przyjechałam po ciocię...ale jak Cię zauważyłam, to musiałam się przywitać.- uśmiechnęła się promiennie do mnie. Mery( tak ją nazywaliśmy) zawsze była piękna.  Miała delikatne rysy twarzy. Ubrała się w delikatną, zwiewną sukienkę. Była fioletowa z różne kwiaty, do tego miała jeansową kamizelkę.Jej piękne, brązowe, długie włosy opadały na klatkę piersiową oraz ramiona. Na nogach miała brązowe, eleganckie sandałki.
- Jak ja cię dawno nie widziałem...- powiedziałem, cały czas nie przestając się uśmiechać. Trzymałem ją w talii.
- No...długoooo- powiedziała przeciągając literę "o".
- A co z ciocią?- zapytałem.
- Miałam ją odebrać, gdyż skręciła sobie kostkę, ale kiedy już byłam w szpitalu, powiedziała, że wezwała taksówkę...- opoje zaśmialiśmy się.
- Czyli...nic teraz nie robisz?- zapytałem na podrywacza.
- Nie...chodźmy na lody!- krzyknęła zanim zdążyłem coś powiedzieć. Ucieszyłem się, gdyż moja jedyna atrakcja dla dziewczyn to łóżku...nie licząc Wiki, którą zaprosiłem pod wieczór na spacer.
Tak więc, ruszyliśmy do centrum Warszawy, moim autkiem.
- No...widzę, że miłość do samochodów ci nie przeminęła.- powiedziała gładząc skórzane fotele mojego cacka. Ruszyliśmy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wiedziałam co mam o tym myśleć...randka?! Nie...może po prostu chciał spędzić ze mną trochę czasu przed wyjazdem... Właśnie wychodziłam ze szpitala. Była godzina 18...rozglądnęłam się dookoła. Adama nie było. Powiedział, że będzie czekał. Jeszcze chwilę stałam przed szpitalem,z  nadzieją na pojawienie się Krajewskiego. Niestety...nie doczekałam się. Wystawił mnie...moje oczy napełniły się łzami. Już miałam ruszyć do Hotelu, gdy moim oczom ukazał się samochód Adama. Przyjechał....więc jednak o mnie nie zapomniał. Poszłam w jego stronę. Już miałam do niego krzyknąć, gdy nagle ze strony pasażera wysiadła jakaś dziewczyna...stanęłam jak wryta. Przecież się umówiliśmy! Śmiali się, rozmawiali a następnie w wyśmienitych humorach ruszyli po Hotelu. Stałam jak słup, nie dowierzając...Jak on mógł mi to zrobić?! Moje oczy ponownie napełniły się łzami. Z powrotem weszłam do szpitala. Postanowiłam, że wezmę dodatkowy dyżur...nie chcę się z nim dzisiaj widzieć...

Mam nadzieję, że się spodoba:) Przepraszam, że mnie długo nie było...duuuuużo nauki/ Zuza