czwartek, 23 kwietnia 2015

" Ostatni wschód słońca" [4] KONIEC!

Tak ładnie prosiliście, więc oto kolejna część.

Szwendałam się po pokoju, nieudolnie próbując znaleźć miejsce dla siebie. Bałam się, że Adam znów coś sobie zrobi...przecież kocha szybką , a co się za tym kryje, niebezpieczną jazdę. Przystanęłam na chwilę, zawieszając wzrok na zdjęciu, które znajdowało się na komodzie. Ja i Adam, robiący głupie miny...na wycieczce w góry. Nasza przyjaźń była taka cudowna, dopóki nie zaczęłam spotykać się z Tomkiem. Teraz raz na zawsze chcę wyrzucić Rzepeckiego z pamięci....Przechyliłam ramkę, tak, by zdjęcie leżało na dole...żebym go nie widziała. Stałam tyłem do okna. Nagle usłyszałam znajomy odgłos silnik. Pobiegłam z nadzieją do okna...niestety, miejsce parkingowe cały czas stało niezajęte, więc musiało to być inne auto. Usiadłam na kanapie, zamykając oczy i pogrążając się w zamyśleniach.

Otwarłam je z powrotem, orientując się, że zasnęłam...było po 22. Podeszłam leniwym krokiem do okna...jeszcze nie przyjechał. Nagle coś mi zaświtało...przerażona pobiegłam do jego pokoju.
Bez wahania z impetem nacisnęłam klamkę, wchodząc jednocześnie do środka. Przeszukiwałam cały pokój...z zamiarem znalezienia listu, który Adam dostał od Wojskowych Służb Medycznych. Znalazłam...bez zastanowienia wyjęłam w pełni zapisaną kartkę...
Oniemiałam w moich oczach zabłysnęły małe łzy, które sekundę później znajdowały się już na moich policzkach. Jutro...Adam jutro wyjeżdża. Cała drżałam i nie mogłam nawet odłożyć listu z powrotem do koperty...po prostu nie mogłam. Kilkadziesiąt raz upewniałam się, czy na pewno wszystko dobrze przeczytałam. Ze zwieszoną głową poszłam do swojego pokoju.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Obudziłam się, poprzez hałas dobiegający zza ściany. Naburmuszona wyszłam  z pokoju. Widziałam tam tylko płaczącą Agatę. Podeszłam do niej, nie do końca rozbudzona.
- Co się stało?- spytałam ochrypłym głosem, który prawdopodobnie był spowodowany prawie całonocnym płaczem.
- Nie wiesz...Adam i Przemek wyjeżdżają...- dalej już jej nie słuchałam...Szybko spojrzałam przez okno, które znajdowało się obok drzwi na parking. Wielkie, wojskowe auto stało na chodniku, a w nim kilku ludzi ubranych w stroje wojskowe. W piżamie niczym tornado wpadłam na drzwi. Szybko rozglądnęłam się dookoła. Ujrzałam Adama i Przemka, którzy idą do owego samochodu. Zaczęłam biec w ich stronę, krzycząc imię Krajewskiego. Teraz miałam głęboko gdzieś, czy mnie wystawił, czy nie...Teraz liczyło się tylko to, by go zobaczyć...i najtrudniejsze- żeby mu wszystko wyznać...WSZYSTKO. To, jak bardzo za nim tęskniłam, gdy miał dyżur. To, jak dobrze mi się z nim pracowało. To, jak każdy jego dotyk sprawiał, że na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. To, że gdy na niego patrze, czuję motylki w brzuchu..Teraz nadszedł ten czas.
Odwrócił się energicznie, smutnymi oczami patrząc na mnie stanęłam na przeciwko niego. Nie miałam pojęcia od czego zacząć...co mu powiedzieć...
- Adam...- zaczęłam niepewnie, nie wiedząc jak dalej potoczy się ta rozmowa. Spuściłam głowę w dół, lecz gdy spostrzegłam, że nie mamy dużo czasu, ponownie ją podniosłam i zaczęłam mówić.
- Nie gniewam się....naprawdę. Cholernie się o ciebie bałam...- w moich oczach zaszkliły się łzy- I nie wiem co mam teraz powiedzieć...Bo...jesteś dla mnie po prostu ważny...- wybuchnęłam płaczem. Nie musiałam nic więcej mówić. Przytulił mnie najmocniej jak potrafił. Jeszcze bardziej wtuliłam się w jego ramiona, zanosząc się płaczem...tym razem pomieszanym ze szczęściem i w jakimś stopniu nie skończonym jeszcze smutku.
- Nie mów nic...- odchylił mnie delikatnie od siebie i ujął moją twarz w swoich dłoniach. Namiętnie wpił się w moje usta...nie przestawał mnie całować...ja wcale nie chciałam, żeby przestawał. Oderwał się.
- Kocham cię...- szepnął do mojego ucha
- Ja ciebie też...chcę tylko kawałka nieba...- odwróciłam lekko głowę.- patrz...- również on ją odwrócił. To...ten widok był nieziemski. Prawdziwy, najprawdziwszy wschód słońca.
- Mam nadzieję, że to nie ostatni...to by było najgorsze zerwanie...bo...- zawahał się.
- Tak...jesteśmy razem- wtuliłam się w niego.
Teraz przyszedł czas na pożegnanie. Płakałam przy jego słowach, że wróci, że wszystko będzie dobrze. Ostatecznie, szczerze i wprost z serca powiedziałam mu, że jest najważniejszą osobą w moim życiu...
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie było go...ponad 4 miesiące. Codziennie modliłam się, by wyszedł z tego cało. Siedziałam, teraz w dużym fotelu, postawionym w salonie...Oglądałam nasze wspólne zdjęcia...wszystkie jakie mieliśmy...zostały zrobione, gdy byliśmy dopiero przyjaciółmi. Zadzwonił mój telefon. Z początku, nie chciałam, aby ktokolwiek mi przeszkadzał...Lecz po chwili nieustępliwego dzwonienia, w końcu zerknęłam na ekran. Przemek...
- Tak?- spytałam.
- Wiki...ja...- słyszałam jego załamany głos.

Nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam do Przemka...Skuliłam się w kulkę i zaczęłam zansić się rzewnym płaczem.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziałam na ziemi, bawiąc się źdźbłem trawy. Siedziałam obok niego....obok mojego ukochanego. Łzy bez przerwy spadały na moje policzki. Już nie miałam ich siły wycierać...w końcu za chwilę znów pojawią się kolejne....kolejne oznaczające jak bardzo go kocham...Tak tak...dobrze myślisz. Była na cmentarzu, siedząc obok grobu Adama...mojego Adasia. Odszedł...tak nieoczekiwanie. Odszedł wtedy, kiedy wszystko zaczęło się dobrze układać...
- Przecież chciałam tylko kawałek nieba...- szepnęłam.

                                                            KONIEC!

Mam nadzieję, że historia się wam spodobała. Wiem, że zakończenie może wams się kojarzyć z zakończeniem poprzedniej serii, jednak w skutkach jest zupełnie inne.
Za niedługo pojawi się nowa seria./ Zuza

sobota, 18 kwietnia 2015

"Ostatni wschód słońca" [3]

Byłam okropnie zdenerwowana na Adama. Wystawił mnie! Przecież sam się ze mną umówił...smutek przeistoczył się w złość. Weszłam do lekarskiego, trzaskając z ogromną siłą drzwiami. Nie miałam gdzie iść, a chirurgów na dyżurze jest dosyć, także nawet jeśli wzięłabym dodatkowy dyżur, to nic bym nie robiła. Usiadłam zdenerwowana na kanapie.
Miałam chwilę czasu aby po prostu pomyśleć...nad tym wszystkim, nad moim życiem.
O Adamie...przeżyliśmy razem naprawdę wspaniałe chwilę. Nasza pierwsza...potem druga noc....Eh, nie warto nad tym wszystkim negocjować. Wybrałam Tomka, lecz, jak się okazało, nie byliśmy sobie dani. Teraz nie mam nikogo. Agata....to przyjaciółka. A mi potrzeba męskiego ramienia. Które mi we wszystkim pomoże...Nie chciałam już o nim myśleć. Skutecznie...
Wstałam i odreagowałam swoją złość rzucając wazonem z kwiatkami w ścianę. Piękne, pachnące jeszcze łąką chabry rozsypały się na ziemi. Wzięłam do ręki torebkę i patrząc załzawionymi oczami na kwiaty wybiegłam z lekarskiego.
Biegłam zdenerwowana przez korytarz. Wybiegłam ze szpitala i skierowałam w stronę Hotelu
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wraz z Marysią siedziałem u mnie w pokoju. Rozmawialiśmy tak naprawdę o wszystkim...o tym co się zmieniło przez te lata, o tym jak my się zmieniliśmy...
- Masz dziewczynę?- zapytała nagle Mary.
- Nie...- powiedziałem ciekawy.
- A ja nie mam chłopaka- mruknęła uwodzicielsko. Przysunęła się i usiadła przodem do mnie, na moich kolanach. Po woli rozpinała guziki mojej koszuli. Pocałowała mnie...ja odwzajemniłem. Już chciała całkowicie zdjąć moją koszulę, gdy nagle przypomniałem sobie o spacerze z Wiki.
- Nie!- krzyknąłem odpychając ją od siebie. Usiadła zawiedziona obok mnie. Schowałem twarz w dłoniach- Nie możemy...- powiedziałem cicho. Zacząłem zapinać guziki koszuli. 
- Dlaczego?- dopytywała.
- Bo nie... w ogóle nie powinniśmy się spotykać.- powiedziałem zły.
- Adam...- wstała. Ujęła moja twarz w swoich dłoniach. Tym razem powstrzymałem się.
- Zostaw...- rzuciłem cicho zsuwając jej ręce z mojej twarzy.- Wyjdź...- odwróciłem od niej głowę.
- Ale Adaś...
- Wyjdź! - krzyknąłem, pokazując palcem drzwi. Po jej policzku zleciała łza. Wyszła trzaskając drzwiami.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wchodziłam po schodach, które prowadzą do hotelu. Nagle drogę zagrodziła mi rozemocjonowana koleżanka Adama....ta, z którą się spotkał...Przeszła obok mnie. Płakała. Weszłam do środka.
Zastałam tam Adama siedzącego w kuchni, na krześle. Zdjęłam buty, przez co narobiłam hałasu. Odwrócił się do mnie. Wstał z krzesła i powolnym krokiem skierował się w moja stronę. 
- Długo czekałaś?- spytał.
- Wystarczająco długo...dopóki nie zauważyłam się z jakąś laską...- znów zrobiło mi się niesamowicie przykro. 
- Wiki, ja...
Przestań!- krzyknęłam, przerywając mu- Ja myślałam, że jesteś coś wart...Tak się cieszyłam na ten spacer! Nawet nie wiedziałam dlaczego. Przy tobie czuje się...inaczej! - zawiesiłam głos. Patrzył na mnie z rozszerzonymi źrenicami- Myślałam, że jesteś inny...zawsze o mnie walczyłeś...chciałam ci dać szansę! A ty po prostu wystawiłeś!-krzyknęła- Więc nie mów mi, że to był tylko przypadek...- powiedziałam cicho. Otarłam małą łzę.
- Przepraszam...- spuścił głowę z dół.
- Pf...- wyminęłam go i ze złością udałam się do mojego pokoju. 
Myślałam, że jest coś wart...ja mu to naprawdę powiedziałam! No super..Za niedługo wyjeżdża...Ja tak nie mogę... Usiadłam na skraju łóżka i spuściłam głowę w dół. Rude kosmyki włosów opadły na moją twarz...Nagle usłyszałam pisk opon i odjazd samochodu. Wstałam i spojrzałam na parking...na miejsce gdzie zawsze stało auto Adama. Teraz było pusto...

Tak, wiem...nie było mnie prawie miesiąc...mam nadzieję, że się wam spodoba/ Zuza

piątek, 17 kwietnia 2015

środa, 1 kwietnia 2015

"Ostatni wschód słońca" [2]

- Z własnego doświadczenia wiem, żeby zrobić kanapkę, nie potrzeba obieraczki do ziemniaków...- mówiłam zszywając ranę, po rozcięciu obieraczki do ziemniaków pacjentowi. Miałam dzisiaj dyżur na Izbie, co dla mnie jest wręcz katorgą.
- Pani nie wie, jak to się stało...- odezwał się delikwent.
- Wolę nie wiedzieć...- przykleiłam opatrunek.- Za dwa tygodnie ściągamy szwy...- zdjęłam rękawiczki. Mężczyzna udał się do wyjścia.- Proszę uważać na przyszłość!- krzyknęłam. Zniknął za drzwiami. Pierwszy raz od rana ( a jest godzina 13) mam chwilę dla siebie. Usiadłam na krześle i zaczęłam coś bazgrolić na kartce. Nagle usłyszałam pukanie w drzwi. Już myślałam, że to kolejny pacjent...ku mojemu zdziwieniu i uldze, okazał się to być Adam. Uśmiechnęłam się do niego. Usiadł na przeciwko mnie.
- Chcesz, żebym cię zbadała?- zapytałam ironicznie.
- Nie...chciałem się zapytać, o której kończysz.- uśmiechnął się do mnie łobuzersko. Zdziwiłam się.
- O...18- powiedziałam powoli, patrząc mu prosto w oczy i próbując coś z nich wyczytać.
- Będę czekał...-mówił wstając energicznie z krzesła. Jeszcze chwilę siedziałam zamurowana, podczas gdy Adam już dawno wyszedł ze szpitala.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie zebrałem się na odwagę i zaprosiłem ja na ....nie wiem czy to można nazwać randką. Powiedzmy, że tak. Dumny z siebie szedłem przed siebie. Nagle ktoś wskoczył na moje plecy i dłońmi zakrył moje oczy. Wziąłem w ręce zgrabne, kobiece dłonie i cały czas trzymając je odwróciłem się... Było mi w to bardzo trudno uwierzyć.
- Adaś!- krzyknęła. Rzuciła mi się na szyję.  Przytuliłem ją z całych sił.
- Marysia, co ty tu robisz?- zapytałem nadal zdziwiony tuląc przyjaciółkę. Razem studiowaliśmy. No i byliśmy parą...ale rozstaliśmy się i pozostaliśmy przyjaciółmi. Odchyliła lekko głowę,
- Przyjechałam po ciocię...ale jak Cię zauważyłam, to musiałam się przywitać.- uśmiechnęła się promiennie do mnie. Mery( tak ją nazywaliśmy) zawsze była piękna.  Miała delikatne rysy twarzy. Ubrała się w delikatną, zwiewną sukienkę. Była fioletowa z różne kwiaty, do tego miała jeansową kamizelkę.Jej piękne, brązowe, długie włosy opadały na klatkę piersiową oraz ramiona. Na nogach miała brązowe, eleganckie sandałki.
- Jak ja cię dawno nie widziałem...- powiedziałem, cały czas nie przestając się uśmiechać. Trzymałem ją w talii.
- No...długoooo- powiedziała przeciągając literę "o".
- A co z ciocią?- zapytałem.
- Miałam ją odebrać, gdyż skręciła sobie kostkę, ale kiedy już byłam w szpitalu, powiedziała, że wezwała taksówkę...- opoje zaśmialiśmy się.
- Czyli...nic teraz nie robisz?- zapytałem na podrywacza.
- Nie...chodźmy na lody!- krzyknęła zanim zdążyłem coś powiedzieć. Ucieszyłem się, gdyż moja jedyna atrakcja dla dziewczyn to łóżku...nie licząc Wiki, którą zaprosiłem pod wieczór na spacer.
Tak więc, ruszyliśmy do centrum Warszawy, moim autkiem.
- No...widzę, że miłość do samochodów ci nie przeminęła.- powiedziała gładząc skórzane fotele mojego cacka. Ruszyliśmy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wiedziałam co mam o tym myśleć...randka?! Nie...może po prostu chciał spędzić ze mną trochę czasu przed wyjazdem... Właśnie wychodziłam ze szpitala. Była godzina 18...rozglądnęłam się dookoła. Adama nie było. Powiedział, że będzie czekał. Jeszcze chwilę stałam przed szpitalem,z  nadzieją na pojawienie się Krajewskiego. Niestety...nie doczekałam się. Wystawił mnie...moje oczy napełniły się łzami. Już miałam ruszyć do Hotelu, gdy moim oczom ukazał się samochód Adama. Przyjechał....więc jednak o mnie nie zapomniał. Poszłam w jego stronę. Już miałam do niego krzyknąć, gdy nagle ze strony pasażera wysiadła jakaś dziewczyna...stanęłam jak wryta. Przecież się umówiliśmy! Śmiali się, rozmawiali a następnie w wyśmienitych humorach ruszyli po Hotelu. Stałam jak słup, nie dowierzając...Jak on mógł mi to zrobić?! Moje oczy ponownie napełniły się łzami. Z powrotem weszłam do szpitala. Postanowiłam, że wezmę dodatkowy dyżur...nie chcę się z nim dzisiaj widzieć...

Mam nadzieję, że się spodoba:) Przepraszam, że mnie długo nie było...duuuuużo nauki/ Zuza

piątek, 20 marca 2015

" Ostatni wschód słońca" [1]

Siedziałam otulona ciepłym, brązowym kocem i wpatrywałam się w małe, lśniące gwiazdy, porozrzucane po granatowym niebie. Każda z nich wydawała mi się jeszcze piękniejsza. Teraz, kiedy zerwałam zaręczyny z Tomaszem, mam dość wszystkich facetów...Bez wyjątków. Nie wiem jak to będzie. Może już po prostu nie warto wierzyć w szczęście....może ono nie istnieje. Odgarnęłam niesforny kosmyk włosów z twarzy. Nagle poczułam zapach męskich perfum. Szybkim ruchem usiadł obok mnie. Uśmiechnął się i włożył ręce do kieszeni.
- Zimno, co?- spytał. Uśmiechnęłam się do niego.
- Trochę...- zarzuciłam na siebie jeszcze bardziej koc.
- Idziemy?- zapytał po chwili. Nie miałam pojęcia dokąd.
- Gdzie?- spytałam zdziwiona.
- Do hotelu...jest zimno.- powiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Nie chcę...- mówiłam z grymasem na twarzy.
- Wiki? Coś się stało?- zapytał Adaś.
- Eh...szczęście chyba mnie opuściło...- powiedziałam, a w moich oczach pojawiły się łzy. Adam popatrzył jeszcze raz na moje zmarznięte ciało ( Bo naprawdę było mi zimno) i bez słowa ruszył do Hotelu.- I ty też mnie opuściłeś...- szepnęłam cicho, tak, żeby tego nie usłyszał, zawiedziona jego reakcją. Sięgnęłam po chusteczki higieniczne do kieszeni, lecz zamiast nich, wyciągnęłam zwinięty kawałek kartki. A na nim: "Jeżeli szczęście jeszcze do Ciebie nie przyszło, to znaczy, że jest duże i idzie małymi kroczkami" Uśmiechnęłam się na myśl, tego, kto wrzucił mi ta karteczkę a wiedziałam, kto to zrobił. Wzięłam do ręki koc i szybkim krokiem ruszyłam do Hotelu. Wchodząc ujrzałam Agatę, która zdenerwowana przeglądała listy. Podeszłam do niej.
- Co robisz?- spytałam. Odskoczyła, tak, jakby dopiero teraz spostrzegła, że tu jestem.
- Eh...- z powrotem zanurzyła się w papierach- Nie najlepsze wiadomości...- rzuciła. Opuściła bezradnie ręce. 
- Czyli?- kontynuowałam rozmowę. Bez słowa podała mi do ręki dwa listy, zaadresowane do Adama i Przemka. Zmarszczyłam brwi, nie kryjąc zdziwienia. Wzięłam je do ręki i sprawdziłam nadawcę... "Polskie Wojskowe Służby Medyczne" Podniosłam wzrok na przyjaciółkę, która nerwowo obgryzała paznokcie. To znaczy, że Adam i Przemek będą musieli wyjechać na misję wojskową...
- I co teraz?- z rozmyślań wyrwał mnie zachrypnięty głos Agaty.
- Nie wiem...- pokręciłam głową. Kusiło mnie, aby sprawdzić co jest w środku. W końcu paznokciem przejechałam spód koperty, otwierając ją.
- Co ty robisz?- spytała patrząc na mnie wielkimi oczami.
- Otwieram....- powiedziałam stanowczo. Teraz już nie protestowała. Ciekawość wzięła górę.  Sprawnym ruchem wyjęłam białą kartkę, całkowicie zapisaną. Zaczęłam czytać na głos.
- W związku z zwiększającą się liczbą rannych żołnierzy oraz cywilów, zawiadamiamy o przymusowym wstąpieniu do Wojskowych Służb Medycznych Pana Przemysława Zapałę...- dalej już nie czytałam. Byłam pewna, że w liście do Adama znajduje się ta sama treść. - Rzeczywiście, nie najlepsze...- przyznałam rację przyjaciółce. Zakleiłyśmy kopertę Przemka. Agata poszła zanieść ją Przemkowi, a ja....Adamowi.  Zapukałam cicho do drzwi, Usłyszałam "proszę" po czym delikatnie odchyliłam drzwi, wysuwając zza nich tylko głowę. Uśmiechnęłam się niewyraźnie.
- Mogę?- zapytałam. Przytaknął głową. Czytał jakąś książkę, siedząc na skraju łóżka.- Mam coś dla Ciebie.- Usiadłam obok niego. Podałam mu list. Odłożył książkę na bok, przyglądając się z niezadowoleniem kopercie. Siedział bez ruchu.
- Nie otworzysz?- zapytałam w końcu.
- I tak wiem co jest w środku.- powiedział przenosząc wzrok z koperty na mnie.
- Wezwanie do służb medycznych...- wydukałam. Popatrzył na mnie zdziwiony.
- Skąd wiesz?- dopiero teraz dotarła do mnie moja głupota i to, co przed chwilą powiedziałam.
- No...koperta Przemka była otwarta, więc zajrzałam.- powiedziałam  speszona. Uśmiechnął się.- Wyjedziesz?- zapytałam patrząc na niego ukradkiem.
- Nie mam wyjścia...- rzeczywiście, miał rację. Zaczęłam nerwowo bawić się kosmykiem włosów. - Top ja już pójdę. Wstałam i kierowałam się do drzwi. Nagle usłyszałam głos Adama.
- Wiki?- powiedział. Zatrzymałam się, odwracając do niego.- Dzięki...- uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju. Chodź nie znaczył dla mnie wiele to...martwiłam się o jego wyjazd...bardziej niż o Przemka.

Nowe opowiadanie. Mam nadzieję że wam się spodoba:)/ Zuza

niedziela, 15 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [8] KONIEC!

Obudziłam się przypięta do kroplówki. Leki powoli schodziły, a przy moim łóżku stała Agatka. Cieszyłam się, że przyjechała. Uśmiechała się niewyraźnie, jakby sztucznie...pod blask słońca widziałam jej mokre policzki. Usiadła obok mnie i patrzyła się w moje zielone oczy... Nie wiedziałam co może znaczyć ta cisza.  Spuściłam wzrok na jasno-białe płytki, pokrywające szpitalną podłogę. Nie chciałam już nic wiedzieć...
- Od początku wiedziałam, że ten wyjazd to zły pomysł...- powiedziałam cicho. Do oczu napływały mi łzy.- To moja wina- małe, krystaliczne kropelki spłynęły po obu moich policzkach. Agata nie odezwała się. Wpatrywała się w kołdrę, którą raz za czas bawiła się. A ja nadal, przez płacz, kontynuowałam swój dylemat.- Może to głupie, ale ja naprawdę się o niego martwię.- otarłam moje policzki-  Nie wyobrażam sobie bez niego życia..- Miałam podkulone nogi do klatki piersiowej. Ręka nie bolała mnie już tak mocno.
- Wiem...- powiedziała bezsensownie moja przyjaciółka- kocha to wróci.- uśmiechnęła się, a jej oczy przeszkliły się.
- Jakby kochał, to by nie odszedł...- skwitowałam i wtuliłam się z białą, puszystą poduszkę.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Minęło kilka tygodni od tragicznych wydarzeń, które zmieniły moja życie. Stałam teraz na cmentarzu...Sama. Było chłodno, szyje miałam otuloną wełnianym, białym szalikiem. Mój czarny płaszcz, można powiedzieć, że oznaczał żałobę...ale ubrałam go przypadkowo.  Nie miałam w planach odwiedzać cmentarza, ale nie mogłam tak obojętnie przejść. Położyłam kolejna różę na grobie...Na grobie bliskiej mi osoby. Bardzo bliskiej. Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie w tali.
- Nie za wcześnie na pieszczoty?- zapytałam.
- Nie...- odpowiedział.
- Przecież nie jesteśmy razem...- powiedziałam, zadziornie się uśmiechając i odsuwając jego ręce z moich bioder. Obróciłam się przodem do grobu i znów pogrążyłam się w rozmyślaniu.
-Możemy to zmienić.- szepnął mi do ucha.
- Nie wiem, czy on byłyby zadowolony- wskazałam na zdjęcie, na nagrobku.
- Powiedziałaś mu?- spytał.
- Tak...kilka godzin przed śmiercią...był w dobrym stanie...lekarze powiedzieli, że to skrzep w płucach.- tłumaczyłam.- Ale ty przeżyłeś.
- Dla Ciebie.- po raz kolejny szepnął, całując mnie w szyję.
- Adaś...przestań, jesteśmy na grobie, ponadto mojego taty...a my.- spojrzałam mu w oczy- Nie jesteśmy razem...- uśmiechnęłam się.
- Wiem...- powiedział z zawodem. Odsunął się i ruszył do przodu. Wiedziałam, że się ze mną droczył.  Uśmiechnęłam się i rzuciłam.
- Do widzenia tato...- posłałam całusa w powietrzu, przeżegnałam się i ruszyłam za chłopakiem.
- Czekaj!- krzyknęłam. Dopadłam go i powiesiłam się na jego szyi. Popatrzył na mnie zaskoczony, podnosząc brwi do góry.
- Czyżby jakaś zmiana, pani doktor.- powiedział, swobodnie obejmując mnie w pasie.
- Wiesz...skoro już udawaliśmy parę, to może tak po prostu w świecie ją zostańmy.- powiedziałam całkowicie poważnie, na co mój ukochany obdarzył mnie namiętnym pocałunkiem.
- Pierwszy pocałunek trzeba zapamiętać...- powiedział, patrząc prosto w moje zielone- szafirowe oczęta.
- No...to pamiętaj- teraz to ja wpiłam się w jego usta. Staliśmy tak wtuleni, dopóki nie przegoniła nas jakaś babka, która uważała, że zachowujemy się nieprzyzwoicie.  Zaczęliśmy się śmiać i pobiegliśmy, trzymając się za ręce do samochodu Adama. Nie wiem jaki z tego morał...może nie ma żadnego...A my po prostu byliśmy sobie przeznaczeni. Pomimo tego tragicznego w skutkach wypadku, czuję się wreszcie szczęśliwa...mimo to, że straciłam ojca, z którym nie byłam tak bardzo zżyta. Nie ważna...zaczyna się nowy rozdział w moim życiu. Bez nudnego Tomasza, bez ciągłego potajemnego wpatrywania się w ciemnowłosego chirurga. Teraz czuję, że moje życie nabiera smaku.  I, że już nie będę tą nudną Panią ordynator. Będę wesołą kobietą, o rudych włosach, która dla wszystkich będzie wredna i...przede wszystkim szczęśliwa.

                                                                           KONIEC

Moi kochani, mam nadzieję, że historia wam się spodobała. Nie, nie bójcie się, stworzę kolejne opowiadanie, tylko o innej tematyce. Nie mam zamiaru pisać jednego, ciągłego opowiadania, tylko kilka różnych./ Zuza

wtorek, 10 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [7]

Bezsensownie wpatrywałam się w ścianę, wyłożoną białymi kafelkami. Moje policzki były pobrudzone rozmytym tuszem do rzęs.Ręka...dostałam jakieś przeciwbólowe i da się wytrzymać. Nastawianie bolało najbardziej. Siedziałam w kącie szpitalnej łazienki. Co chwilę pojedyncza łza spadała po moim policzku. Ocierałam ją szybko, aby zrobić miejsce dla kolejnej przeźroczystej kropelki.Przez przypadek zaczepiłam ręką o łańcuszek...Adaś mi go kupił. Zdjęłam go z szyi i chwyciłam go ręki. Przypomniał mi chwilę, kiedy Adam zakładał mi go szyję. I to, jak moje ciało drżało, przy każdym jego ruchu. Kiedy opuszkami palców przejeżdżał po mojej szyi. Moje oczy znów napełniły się łzami. Zamknęłam je, dając upust emocją. Szlochałam cicho, aby nikt tego nie usłyszał. Dwadzieścia pięć procent szans na przeżycie...Nie mów mi, że to dużo! To tak jakbyś podzielił tulipana na cztery płatki. Płatki są ładne, ale tylko cały tulipan jest piękny... Nie chciałam tam teraz iść. Chciałam zaszyć się w jakimś ciemnym koncie i wypłakać się...niestety, łez nigdy nie zabraknie. Skąd one się biorą? Nie wiem...a chrzanić to... Nagle, z rozmyślań wyrwał mnie głos telefonu. Zobaczyła kto to...Agatka. Tak...to teraz było najlepsze lekarstwo. Rozmowa z najlepsza przyjaciółką. - Wiki? No cześć- usłyszałam szczęśliwy głos przyjaciółki- Jak się bawicie?- spytała.
- Niezbyt...- próbowałam powstrzymywać się od płaczu. Chyba to zauważyła.
-Wiki, płaczesz?!- jej humor momentalnie zniknął.- Wiktoria?
- Pomóż mi...- rozkleiłam się.
- Ale co się stało?- mówiła stanowczym tonem, coraz bardziej zaniepokojona.
- Jestem teraz w szpitalu...
- Wiki co się dzieje?!- przerwała mi.
- Mieliśmy wypadek...- powiedziałam ochrypłym głosem, próbując się uspokoić, co wcale nie było łatwe.
- Wszystko w porządku?! - mówiła coraz głośniejszym tonem. Z trudem połknęłam ślinę i rzuciłam:
- Z Adasiem jest źle...Przyjedziesz?- zapytałam z nadzieją, ocierając łzy.
- Tak...tak przyjadę.- mówiła.- Wszystko będzie dobrze...słyszysz?
- Ta..- burknęłam. Rozłączyła się. Znów byłam sama.  Trzeba było wziąć się w garść. Wstałam i niepewnym krokiem poszłam na OIOM.  Dotarłam przed drzwi sali. Stanęłam i patrzyłam na to...z nienawiścią. Jak człowiek, który w nas wjechał, mógł tak po prostu odjechać...Nagle z sali wyszedł lekarz. Nie chirurg który go operował, jakiś inny...
- Jaki jest jego stan doktorze?- zapytałam. Momentalnie przyłączyła się do mnie moja Mama. Obie wpatrywałyśmy się z napięciem w twarz lekarza.
- A kim Pani jest?- mówił, przeglądając karty. Właściwie...to nikim. Wpadłam na pomysł.
- To mój narzeczony!- rzuciłam. Moja mama chyba nigdy nie miała tak dużych oczu.- Tak mamo, zaręczyliśmy się, nie chciałam nic wam mówić...chcieliśmy z tym poczekać.- słowa te doprowadziły moją mamę na skraj euforii. Lekarz szepnął coś pod nosem.
- No nie powie mi pan, bo nie jestem jego żoną?!- oburzyłam się. Odwróciłam głowę, kręcą ją z dezaprobatą.
- No dobrze...-westchnął- Jego stan jest stabilny ale ciężki.. - zawahał się- wyjdzie z tego- uśmiechnął się sztucznie, po czym wyminął nas i odszedł. Jeszcze raz popatrzyłam na Adama. Zakręciło mi się głowie. Runęłam na podłogę.

Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo przepraszam, że takie krótkie:( Naprawdę bardzo:(  Właśnie zdałam sobie sprawę, że za 20 minut muszę być na jeździe konnej XD. Jak przyjadę, to jeszcze coś napiszę. Zuza