piątek, 6 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy. [5]

Zeszliśmy na dół, do restauracji. Jeszcze raz popatrzyłam na Adama i uśmiechnęłam się. Dziwiłam się, że nie lubi chodzić w garniturze...wyglądał w nim BOSKO. Widząc stolik, przy którym siedział mój tata, ponownie chwyciłam mojego "chłopaka" za rękę i podążyłam wprost. Miałam wrażenie, że Adam cały czas się na mnie patrzył, a konkretnie na mój tyłek.Wiki: Podoba ci się?- zapytałam z uśmiechem.Adam: Bardzo...- uśmiechnął się łobuzersko. Podeszliśmy do stolika. Usiedliśmy. Zamówiliśmy dania. Atmosfera-o dziwo- była bardzo przyjemna. A znają się dopiero od dwóch dni. Oczywiście nie obyło się bez pytań " A kiedy masz zamiar się jej oświadczyć" albo "Wy naprawdę do siebie pasujecie" wypowiedzianych naturalnie z ust mojej mamy.  Kolacja się skończyła. Rodzice poszli do swojego pokoju, a ja z Adamem do naszego..właśnie....musimy spać w jednym łóżku. Co prawda, spaliśmy już ze sobą, ale teraz była tak jakoś dziwne. Weszliśmy do pokoju. Od razu usiadłam zmęczona na łóżku. Adam: Aż tak się zmęczyłaś?- spytał, momentalnie ściągając krawat.Wiki: No...-przeciągnęłam się.- A ty?Adam: Eh...męczyły mnie tylko pytania twojej mamy"  Jak bardzo się kochacie" A macie zamiar mieć dzieci?:- robił przy tym, takie miny, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wykąpaliśmy się. Było już późno. Wyszedłem z łazienki i pierwsze co zobaczyłem, to Wiktorię leżącą na łóżku. Nie spała jeszcze, robiła coś na tablecie. Podszedłem do niej, ubierając podkoszulkę. Usiadłem na skraju łóżka.Adam: Czyli to ja będę musiał spać w wannie?- zapytałem, udając niewiniątko. Ona tylko uśmiechnęła się i ponownie zaczytała się w czymś, co wyświetlało się na tablecie. Przysunąłem się bliżej aby zobaczyć co robi, lecz ona szybko schowała urządzenie pod kołdrą i popatrzyła mi w oczy.

Wiki: Nie zapomnij, że nie jesteśmy razem...- powiedziała z zawiścią i odwróciła się, dając mi znak, że idzie spać. Nie miałem więc wyjścia...wziąłem koc i poduszkę, po czym ruszyłem do łazienki. Wszedłem do wanny. Zimno i niewygodnie...ale co zrobić. Jeszcze długo nie umiałem zasnąć, myśląc o Wiktorii i jej  ostatnich słowach, które cały czas szumią mi w głowie. Zmęczony wszystkimi myślami, zasnąłem.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rano obudziłam się przez moją mamę. Weszła do pokoju ze śniadaniem na tacy. Dziwne...to powinni robić pracownicy hotelu...Położyła jedzenie na szafce nocnej rozglądając się na około. Prawdopodobnie dopiero teraz zauważyła, że brakuje Adama. 
Wanda: A gdzie twój narzeczony?- zapytała.
Wiki: Mamo...To nie jest mój narzeczony, tak?- spytałam kręcąc głową z politowaniem- Jest w łazience...
Wanda: Ah...W takim razie tu macie śniadanie...- ruszyła w stronę drzwi, lecz zatrzymała się na chwilę- Za pół godziny widzimy się na dole...idziemy zwiedzać miasto.- uśmiechnęła się i wyszła.No tak...bez zwiedzania nie mogło się obyć. Moi rodzice wręcz kochają takie spacerki po dużych miastach. 
Wstałam więc i leniwym krokiem poszłam do łazienki, obudzić Adama. Weszłam i zobaczyłam śpiącego jeszcze chłopaka. Szturchałam jego ramię, lecz nie obudził się. W końcu wzięłam mały kubeczek, nalałam lodowatej wody i chlusnęłam mu tym prosto w twarz. Poskutkowało. Odskoczył jak oparzony a ja zanosiłam się śmiechem. W końcu popatrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, lecz ja wiedziałam, że nie jest zły. 
Adam: Nie popuszczę...- wskazał na mnie palcem, a z jego włosów, wprost na czoło, ciurkiem kapała woda. Wyskoczył w wanny. Już wiedziałam co chce zrobić. Uciekałam śmiejąc się. On napełnił kubek wodą i ruszył za mną. Uciekałam po całym pokoju, lecz na marne...w końcu poczułam na swoich ciele zimną wodę, która przyprawiła mnie o dreszcze. Zaczął mnie gilgotać...a ja śmiejąc się jak nienormalna zaczęłam się wyrywać( chociaż zabawa mi się podobała). Wybiegliśmy na korytarz. Tam spojrzenia Moich rodziców oraz kilku innych gości , spoczęły na nas. Trochę się zawstydziłam, wiedząc jak wyglądamy. Adam puścił mnie i wyprostował się. Rzeczywiście, ktoś mógł pomyśleć, że jesteśmy zakochaną parą. Rzuciłam tylko cisze "przepraszam" i razem z Adasiem zamknęłam się w pokoju. Popatrzyliśmy się na siebie i równocześnie parsknęliśmy śmiechem.
Przebraliśmy się i ruszyliśmy zwiedzać Gdańsk. Chodziliśmy po różnych alejkach, gdzie były stragany z różnymi rzeczami. W końcu zauważyłam stoisko z biżuterią. Podeszłam bliżej i zauważyłam śliczny, złoty łańcuszek, gdzie pięknymi literami było napisane moje imię. Zapytałam o cenę... Niestety, łańcuszek ten był zrobiony z czystego złota, więc przekraczał mój budżet. Podszedł do mnie Adam.
Adam: Co tam patrzysz.- stał za mną i nachylił się aby zobaczyć naszyjnik. Moja plecy były przyklejone do jego klatki piersiowej, a na swoim gołym ramieniu (miałam bluzkę na ramiączkach) czułam jego oddech. Wiedziałam, że robi to specjalnie. W ogóle, na zewnątrz było ciepło, miałam krótkie spodenki, oraz bezrękawnik (jak już wspominałam) Adam również miał krótkie spodnie, takie za kolano, oraz t-shirt, który był mój ulubionym♥ Oboje mieliśmy okulary przeciwsłoneczne. 
Wiki: Tak sobie oglądam...to wszystko jest za drogie....- mówiłam, nadal patrząc się na wymarzony łańcuszek. Adam zdjął okulary, po czym tak samo jak ja, skierował wzrok na łańcuszek.
Adam: Ile?- spytał po chwili ciszy.
Wiki: Co ile?- odwróciłam głowę, dalej będąc "przyklejona" plecami do jego torsu.
Adam: Ile kosztuje...- odpowiedział.
Wiki: 320 zł...- powiedziałam, nie wiedząc jeszcze co planuje. On zawołał sprzedawcę.
Adam: Możemy przymierzyć?- spytał mężczyznę, a ja zrobiłam wielkie oczy. Sprzedawca z uśmiechem podał mu łańcuszek. On zawiesił mi go na szyi. Przejrzałam się w lustrze...był piękny. Adam stanął za mną i chwycił mnie za ramiona.
Adam: Ślicznie wyglądasz...-szepną mi do ucha a mnie przeleciały ciarki. Odwrócił się i podszedł do lady. Otwarłam buzię z wrażenia, gdy zapłacił za mój łańcuszek...Potem podszedł do mnie z uśmiechem.
Adam: To taki prezent...- powiedział, widząc mój uśmiech, zmieszany ze sporym zaskoczeniem.- No chodź...
Wiki: Dziękuję...- przytuliłam się do niego, po czym poszliśmy dalej zwiedzać. Staliśmy przy jednym stoisku,i oglądaliśmy własnoręcznie zrobione kubki, gdy nagle z impetem uderzył w nas ciężarowy samochód, taranują tym samym stoisko, sprzedawcę, nas oraz kilku przechodniów...dalej pamiętam tylko, że leżałam...i widziałam przerażoną mamę podbiegającą do mnie...ale to wszystko było jkaby przez mgłę, a odgłosy były przytłumione...dalej już nie pamiętam...

Spodobało się? Zostaw motywujący komentarz:)/ Zuza

czwartek, 5 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [4]

Poczułam, że ktoś szturcha moje ramię. Nie pamiętam co się wydarzyło...czułam, że siedzę...i że o coś się opieram...otworzyłam powoli oczy. Światło słońca raziło mnie. Byłam pewna, że jestem na zewnątrz, nie w jakimś pomieszczeniu. Moja ruchy były jeszcze spowolnione. Przede mną nikogo nie było. Spojrzałam do tłu. Za mną siedział Adam, który nie umiał powstrzymać się od śmiechu, jednak próbował...
Wiki: Co cię tak śmieszy?- zapytałam posyłając mu chłodne spojrzenie. Ona jednak nie zraził się tym, i dalej na jego twarzy malował się uśmiech.
Adam: Twoja mina...- tym razem nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Pokazałam mu tylko język.
Wiki: Co się w ogóle stało?- spytałam przecierając oczy. Dopiero teraz zorientowałam się, że siedzę oparta o jego tors, a on tuli mnie w ramionach. I było mi...dobrze. Nie mogłam teraz oderwać się (chodź wcale tego nie chciałam) od niego. Rodzice stali jakieś 10 metrów dalej i patrzyli na nas, przy czym mama uśmiechała się co chwilę patrząc na tatę. Wywróciłam oczami z pogardą i mimowolnie poddałam się uściskowi Adama. Głowę ułożyłam na jego klatce piersiowej.
Adam: Wstajemy?- spytał. Siedzieliśmy obok samochodu rodziców. Uznałam, że  długo musimy tu już siedzieć, gdyż po rozbitych pojazdach i rannych nie było śladów. Tylko strażacy zbierali jeszcze kawałki szkła i kawałki samochodów, uniemożliwiając przejazd. Grupka gapiów już się rozeszła. - wstajemy?- zapytał po raz drugi, nie słysząc mojej odpowiedzi. Dotarło do mnie, że wcale nie jest zły za tą sytuację u mnie w pokoju... Albo próbował robić dobre wrażenie przy moich rodzicach.
Wiki: Tak...-skinęłam głową. Pomógł w wstać i dla asekuracji trzymał mnie w tali. - poradzę sobie...
Adam: Wolę cię asekurować.... gdybyś przypadkiem upadła, to nie na asfalt, tylko na moją klatę- powiedział uwodzicielsko, wyprężając przy tym klatkę piersiową. Zaśmiałam się cicho, tak, że tylko on to usłyszał. Nie wiem jak on to robi, ale jedno jego słowo, jeden gest, a ja czułam się jak w niebie...
Wsiedliśmy do samochodu. Zegarek wskazywał cztery zera 00:00. Z tego co pamiętam, to wypadek zdarzył się o godzinie 20...Musiałam być długo nieprzytomna. Oprałam głowę o Adama, tak z odruchu. On uśmiechnął się i objął mnie ramieniem. Nie protestowałam. Byłam wtulona w niego. Po chwili zasnęłam.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mój rudowłosy aniołek smacznie sobie spał, wtulony w mój tors. Jej głowa leżała mi w zgięciu szyi, a ręka na brzuchu. Jej prawa ręka leżała ma moich plecach. Ja oparłem swoja twarz o jej czoło. Kaskada jej długich, rudych włosów, pachnących brzoskwinią, opadała na mojej klatce piersiowej. Byłem zmęczony ta całą podróżą i wypadkiem. Zamknąłem oczy. Nie wiem , w którym momencie zasnąłem.
Obudziłem się. Zegar wskazywał godzinę 4:48 nad ranem. Przez okno ujrzałem znak drogowy - Gdańsk. Czyli byliśmy już w Gdańsku. Jeszcze musimy dojechać do Hotelu, który położony jest nad samym morzem, tuż obok plaży. Niestety...na siebie spadały gęste krople deszczu, Niebo było zachmurzone. Tak nie zaczyna się dobrego dnia. Patrzyłem cały czas w okno. W końcu odwróciłem się. Zobaczyłem dwa zielona oczka, przyglądające mi się. Nie zmieniła pozycji od czasu zaśnięcia. Uśmiechnęła się do mnie i tylko to napawało mnie optymizmem na dzisiejszy dzień, pomimo tej paskudnej pogody.
Wiki: Pogoda się zepsuła, co?- spytała również spoglądając w okno.
Adam: Niestety...- zacząłem bawić się kosmykiem jej włosów. Ona zauważyła to i i szybo wyrwała mi je z rak, uśmiechając się zadziornie.
Wiki: Nie za wcześnie na pieszczoty?- popatrzyła na mnie rozbawionym, wzrokiem.
Adam: Przecież jesteśmy parą...- szepnąłem jej do ucha, na co ona tylko uśmiechnęła się i wtulając się we mnie jeszcze mocniej, zamknęła oczy.- Idziesz spać?-zapytałem biorąc do ręki pasmo rudych kłaków.
Wiki: No...- po czym ostatni raz się uśmiechnęła i po chwili zasnęła.
Dojechaliśmy. Wysiadłem z auta i otworzyłem drzwi Wiktorii z drugiej strony. Podałem jej rękę, aby wysiadła. Uśmiechnęła się i  wyszła z samochodu. Zamknąłem drzwi i poszedłem do bagażnika, po walizki. Wziąłem również jej walizkę i razem z jej rodzicami ruszyliśmy do Hotelu. Weszliśmy. Był elegancki i bardzo ładnie wystrojony. Popatrzyłam na Adama, który ciągnąc dwie walizki, patrzył na to z grymasem. Objęłam go, ponieważ mama się na nas gapiła...
Wiki: Nie podoba ci się?- spytałam, raz jeszcze rozglądając się dookoła.
Adam: No podoba, tylko...- mówił- Nie lubię takich wystrojów....Wolę bardziej nowoczesne.
Wiki: Wytrzymasz...- uśmiechnęłam się do niego i podeszłam do recepcji. Dostaliśmy z Adamem jeden klucz...na początku wydało się nam to dziwne, ale potem doszliśmy do wniosku, że w pokoju będą dwa oddzielne łóżka. Wchodząc do pokoju doznaliśmy wielkiego zdziwienie...na środku pokoju stało ogromne łoże małżeńskie. Patrzyliśmy raz na siebie, raz na łóżko...Usłyszeliśmy śmiech przechodzącej mamy, która zaraz zniknęła w korytarzu. Popatrzyłam na Adama. On jak zawsze uśmiechnięty dodał:
Adam: Wygląda na to, że jedno z nas będzie musiało spać w wannie...-podniósł brwi spoglądając na mnie
Wiki: Pozwolisz, żeby twoja dziewczyna spała w wannie?- uśmiechnęłam się zadziornie i zaczęła rozpakowywać walizki.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Był wieczór. Razem z Wiki przygotowywaliśmy się do wspólnej kolacji z jej rodzicami. Miała ona odbyć się w restauracji w Hotelu.  Wiki kazała mi ubrać garnitur... nienawidzę chodzić w garniturach. No ale dobra...jakoś to przeżyje. Był tylko jeden problem...od 10 minut męczyłem się z założeniem krawatu.  Na każdym razem miał jakieś takie dziwne kształtu. W końcu zawołałem Wiktorię, która przebierała się w łazience. Wyszła. Była ubrana w piękną czarną sukienkę, podkreślającą jej kształty. Była ona przed kolano. Odsłaniała jej piękne nogi. Byłem naprawdę zauroczony... na nogach miała błyszczące i wylakierowane czarne szpilki, na średnim obcasie. Patrzyłem na nią z podziwem. W końcu ona pomachała do mnie.
Wiki: Ziemia do Adama...w czym ci pomóc?- mówiła. Otrząsnąłem się i poprosiłem ja o założenie krawatu. Ona z uśmiechem pokręciła głową i podeszła do mnie. Kilkoma sprawnymi ruchami sprawiła, że mój krawat wyglądał idealnie. Poprawiła mi go i posłała mi ciepłe spojrzenie.
Wiki: Stresujesz się?- zapytała patrząc w moje oczy.
Adam: Nie...- mówiłem jak w amoku. Ta zieleń jej oczu...oniemiałem. W końcu ona swoją ciepłą dłonią dotknęła mojego policzka i lekko musnęła moje usta. W tym momencie do pokoju wbiegła mama.
Wanda: Idzie...- lecz widząc nasz pocałunek uśmiechnęła się i dokończyła zdanie.- Chodźcie, kolacja już gotowa.
Wiki: Już...- po czym jeszcze raz poprawiłam mojemu "chłopakowi" krawat i chwytając go za rękę, podążyliśmy za moją mamą do restauracji. Nagle usłyszałam za sobą szept Adama.
Adam: Fajnie kręcisz d^pą...- uśmiechnął się. Ja zrobiłam to samo,.

Mam nadzieję, że się spodoba:) / Zuza

Wiem jedno...w końcu się spotkamy. [3]

Czekałem na moją "dziewczynę" przed Hotelem razem z jej rodzicami. Dziwnie się czułem, gdyż Pani Wanda cały czas przyglądała mi się się z uśmiechem. CAŁY CZAS! W końcu zapytała.
Wanda: Masz zamiar się jej może oświadczyć?- spytała. Popatrzyłem na nią wielkimi oczami.
Adam: Na razie nie...- powiedziałem, po czym sztucznie się uśmiechnąłem.
Wanda: Hm...naprawdę do siebie pasujecie...Cieszę się, że moja córka znalazła takie przystojnego mężczyznę- No nie...TA ROZMOWA ZACZYNA BYĆ CORAZ BARDZIEJ DZIWNA! Nagle usłyszałem krzyk Wiktorii, który tak naprawdę uratował mnie od tej niezręcznej dla mnie rozmowy.
Wiki: Adaś, kochanie pomożesz mi?- ucieszony przeprosiłem rodziców Wiki i poszedłem na górę.
Wszedłem do jej pokoju. Siedziała naburmuszona na walizce, której nie umiała zamknąć. Uniosłem brwi z zaskoczenia.
Adam: Za mało tych rzeczy na dwa dni, wieź więcej...-powiedziałem z irytacją, patrząc na pełną walizkę ubrań.
Wiki: Ha, ha, ha...- powiedziała, po czym popatrzyła na mnie piorunującym spojrzeniem. Wzdychając głęboko podszedłem do walizki. Próbowałem ją zapiąć, ale w niej było ZA DUŻO rzeczy. W tym tylko ubrania!!!! - I co?- uśmiechała się ironicznie.
Adam: Jajco...siadaj.- wskazałem na walizkę. Ona władowała się na łóżko i usiadła na walizce. Nachyliłem się nad nią. Moja klatka piersiowa była przyklejona do jej klatki. Dzieliły nas milimetry. Szukałem zamka, gdy nagle poczułem jej rękę na ramieniu. Odwróciłem głowę...teraz patrzyliśmy sobie prosto w twarz. Nie mogłem wytrzymać. Lekko musnąłem jej usta. Odsunąłem się na centymetr. Poczułem gęsiom skórkę. Ona delikatnie przyjechała opuszkami palców po moim policzku, dotykając mojej szyi. Jej ręka szła na górę, po moich włosach. Tym razem ona mnie pocałowała. Znów odsunęła się na milimetr. Pocałowałem ją w szyję na co ona zaczęła rozsuwać zamek mojej kurtki, która zaraz potem poleciała na drugi koniec pokoju. Wstaliśmy z łóżka i zaczęliśmy się całować. Nogą zamknąłem drzwi a następnie przekręciłem  klucz. Nikt nam nie mógł zepsuć tej chwili. Ona energicznie zdjęła moją podkoszulkę. Ja zrobiłem to samo. Następnie również i biustonosz był na drugim końcu pokoju. Całkiem nadzy rzuciliśmy się na łóżko. Było...tak wspaniale. Już zapomniałem jak to z nią jest... Widziałem w jej oczach pożądanie. Ta chwila była jedną, z lepszych w moim życiu.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Była mi tak dobrze. Adam...jest taki delikatny. Na początku trochę bolało, ale potem było cudownie. Uspokajając oddech położyłam się plackiem na łóżku obok niego. Byliśmy cali spoceni.  Ale... ja chciałam jeszcze. Usiadłam na nim i oparłam nadgarstki o jego tors. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, spostrzegałam, że ktoś szarpie za klamkę.  Wystraszona spadłam z łóżka. Na to wszystko patrzył zadowolony Adam, który mógł zobaczyć moje ciało w całej okazałości. Speszona zakryłam się prześcieradłem, które zwinięte z kulkę leżało na podłodze.  Usłyszałam głos mojej mamy.
Wanda: Jesteście tam jeszcze?- spytała- Musimy jechać.
Wiki: Już idziemy...Daj nam pięć minut...- usłyszałam tylko ciche " okey..."( od kiedy moja mama używa takiego słownictwa?!) Potem usłyszałam kroki po schodach. Poszła... Zaczęłam zbierać ubrania z podłogi. Tak naprawdę...to jeszcze nie docierało do mnie co zrobiłam. A raczej co zrobiliśmy...
Wiki: Nie ubierasz się?- mówiłam nie przerywając czynności.
Adam: Już...-wstał, ubrał bokserki i "przyłączył się" do mnie, zbierając razem ze mną ubrania. Tak, tak...walizka, która na NIESZCZĘŚCIE była otwarta, została zrzucona przez nas na podłogę. Połowa moich ubrań leżała pod łóżkiem, druga połowa obok łóżka a kilka pozostało w walizce. Po chwili poczułam jak Adam próbuje zdjąć ze mnie prześcieradło. Odsunęłam się , dając znać, aby mnie nie dotykał.
Adam: Wiki...
Wiki: Zapomnij o tym...- przerwałam mu. Spostrzegłam smutek w jego oczach.- Nie było tego, pomagałeś mi tylko zapiąć walizkę, NIE KOCHAM CIĘ, NIE KOCHASZ MNIE, zrobiliśmy to pod wpływem emocji, TO NIC NIE ZNACZYŁO- powiedziałam jednym tchem, ostatnie zdanie podkreślając. Odwrócił głowę, ubrał jeansy oraz podkoszulek. Ja zrobiłam to samo. Ubrał dresową bluzę, w której tak ślicznie wyglądał...NIE! Consalida, przecież go nie kochasz! Zabrał kurtkę, trącając moje ramię i wyszedł. Ubrałam się całkowicie, na szybko wrzuciłam ubrania z powrotem do walizki, po czym jakoś( nie wiem jak) zapięłam ją. Wyszłam z domu. Wszyscy siedzieli już w samochodzie. Wrzuciłam walizkę do bagażnika i weszłam do auta, na tylne siedzenie. Siedział tam Adam. Zapięłam pasy, nie spoglądając na niego ani razu. On również na mnie nie patrzył. Odjechaliśmy.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zraniła mnie...myślałem, że to coś znaczyła...a jednak nie. Zabawiła się mną, tak jak wtedy. A ja głupi myślałem o wielkiej miłości... Siedziałem w samochodzie, jadącym już ponad godzinę. Nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Chyba mama Wiki to zauważyła.
Wanda: Pokłóciliście się?- spytała, wyrywając mnie z rozmyślań. Wtedy, Wiktoria szybko zamknęła oczy, udając sen.
Adam: Wiki śpi...nie chciałem jej budzić.- uśmiechnąłem się sztucznie. Po co ja się w ogóle dałem namówić na ten wyjazd. Bez sensu...Mamy spędzić dwa dni, udając kochająca się parę. No nie wiem...Sam zamknąłem oczy, aby spróbować zasnąć. Była godzina 20, a na zewnątrz było już ciemno. Nagle jakiś samochód zderzył się z drugim. Tuż przez nami...Tata Wiki szybko zahamował. Wiktoria " przebudziła" się ze sztucznego snu. Od razu wybiegliśmy z auta, próbując pomóc rannym. Jeden samochód wylądował w rowie. Na szczęście był w nim tylko kierowca, który wypadł z pojazdu kilka metrów wcześniej. Drugi samochód był przyciśnięty do barierki.  Podbiegłem do mężczyzny , który wypadł z samochodu. Wiktoria wraz ze swoim tatą pobiegli do rannych uwięzionych w samochodzie, przygniecionym do barierki.
Adam: Słyszy mnie pan?- spytałem poruszając ramieniem mężczyzny. Leżał na plecach. Był przytomny.
Mężczyzna: Tak...tylko boli mnie brzuch...- wskazał ręką miejsce bólu. Odsłoniłem koszulkę. Zbadałem brzuch... w jamie otrzewnej była krew, tak przynajmniej mi się wydawało...może to potwierdzić tylko USG. Spojrzałem w tył. Tam Wiki jej tata próbowali otworzyć drzwi samochodu. W okół zebrało się już pełno gapiów. Podbiegłem do nich.
Adam: Idź do niego...-mówiłem odpychając Wiktorię od drzwi pojazdu. Posłusznie udała się do mężczyzny. Nagle usłyszałem jej krzyk.
Wiki: Adam, on się cały trzęsie!- podbiegłem do niej...Anizokoria...sztywne źrenice, odwrócone w lewą stronę. Do tego drgawki. Trzeba było zrobić wkłucie do szpikowe i podać 10 mg relanium...Prawdopodobnie mężczyzna uderzył się w głowę. Wiktoria odchyliła jego głowę i zobaczyliśmy przecięcie a w nim...było widać kawałek czaszki.
Adam: Wiki, zadzwonił ktoś po karetkę?- spytałem w pośpiechu nie patrząc na nią- Wiki?!- dopiero teraz odwróciłem głowę. Chwyciła się za czoło i zemdlała.

Mam nadzieję, że się spodoba:) A za niedługo, mam pomysł na jednorazówkę...nie powiem jaki!/ Zuza

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [2]

Biegłam przed siebie. Wpadłam na drzwi. Szarpałam klamkę, ale to na nic...Nerwowo zaczęłam szukać kluczy w torebce. Dobiegł do mnie zdyszany Adam. Nie chciałam z nikim rozmawiać.....Nie znalazłam kluczy. Adam patrzył na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Dopiero teraz dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłam. I...kurczę, ja się cieszyłam! Cieszyłam się, że mam już to za sobą. Z uśmiechem na twarzy rzuciłam się Adamowi na szyję. Teraz był jeszcze bardziej zaskoczony. Pewnie nie wiedział co się dzieje...wyrwałam się na chwilę z uścisku i rzuciłam do dobiegającego właśnie do nas Tomka, która zapewne chciał dowiedzieć się, dlaczego tak się zachowałam. Było we mnie tyle energii...Podeszłam więc do niego i tłumiąc w sobie wykrzyczenie mu wszystkiego w twarz, spokojnym tonem powiedziałam;
Wiki: Przepraszam...- udawałam skruchę, lecz w głębi serca odzyskałam skrzydła- Nie mogę....nie mogę przyjąć twoich oświadczyn...- i nagle, całe uczucie szczęścia minęło...czułam się jak s*ka. Dawałam mu tyle nadziei....Po moim policzku popłynęła łza. Niejeden pomyślałby teraz, że jestem jakąś idiotką, z nienormalnymi uczuciami....- Przepraszam...
Tomek: Ale dlaczego?- spytał spokojnie, ale widziałam w jego oczach gniew i zawód.
Wiki;Nie wiem...nic do ciebie ni czuję...- mówiłam obojętnie- Nie dałabym rady w tym małżeństwie...
Tomek: To dla niego, tak?!- wskazał ma Adama, który stał i patrzył rozemocjonowany- tak samo jak ja- na to wydarzenie.
Wiki: Nie...- spojrzałam ukradkiem na Adama, który po tych słowach spuścił głowę w dół i poszedł do Hotelu. Poczułam ukłucie w sercu. Ile jeszcze osób dzisiaj zranię?!- Idź stąd...- powiedziałam. Przysunął się do mnie i pocałował mnie w policzek.
Tomek: Bądź szczęśliwa Wiki...- po czym odwrócił się i wsiadł do samochodu. Odjechał, zostawiając mnie samą z moimi mieszanymi uczuciami.  Szybkim ruchem otarłam łzę z mojego ziemnego i bladego policzka. Poszłam do Hotelu.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Położyłem się na łóżku. Patrzyłem w sufit i rozmyślałem. Już straciłem Wiktorię...ale to było dawno. Myślałem, że ona nic do mnie nie czuję. Ale, jak uderzyła Tomka tymi różami i przytuliła mnie, czułem się jak w niebie. A potem...zniszczyła całe to bajeczne uczucie i pozbawiła mnie motylków w brzuchu...Przez zwykłe, suche i oschłe słowo "Nie"...marnowałem Czas na bezpodstawną nadzieję... Jeszcze na nikim mi tak nie zależało, jak na niej. Nie mam odwagi jej tego powiedzieć. Nagle usłyszałem, jak ktoś biegnie prze korytarz. Pewnie to ona.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Biegłam do łazienki. Musiałam się jakoś ogarnąć...Nagle mój telefon zadzwonił. Zatrzymałam się i na ekranie zobaczyłam coś, czego nie chciałam widzieć...numer mojej mamy. Roztrzęsionymi rękami próbowałam nacisnąć odpowiedni przycisk, gdy dzwonek zadzwonił. To rodzice! Mieli po nas przyjechać na wspólny weekend! Problem w tym , że ja już nie mam narzeczonego...Poszłam otworzyć drzwi. Lekko je uchyliłam. Moja obawy niestety się potwierdziły. Otwarłam drzwi szerzej, wpuszczając mamę i tatę do środka. Ucieszyli się na mój widok. A ja?!
Mama.W- Córeczko...- przytuliła najmocniej jak potrafiła...- Gdzie twój narzeczony?
O Kurde...No to się doigrałam. Nagle zauważyłam przechodzącego obok nas Adama. Szedł do kuchni. No musiałam to zrobić! Chwyciłam go pod ramię i mocno przytuliłam.
Wiki: To Adam, mój chłopak jak już mówiłam...Nie narzeczony, ale bardzo się kochamy.-Wyrazu jego twarzy nie zapomnę do końca życia. Szturchnęłam go lekko łokciem, aby coś powiedział.
Adam: Dzień dobry, Adam Krajewski....- podał rękę mojej zauroczonej nim mamie i tacie który lekko się uśmiechał.
Mama.W- Ile już jesteście razem?- uśmiechała się jak nienormalna. Chyba Adam naprawdę się jej spodobał. Teraz mam jeszcze większy problem...
Wiki: 4 miesiące...- obliczyłam dokładnie. 4 miesiące minęło od naszej 1 nocy.
Adam: Tak...-objął mnie ramieniem- Możemy na chwilę porozmawiać...kochanie?-spytał
Wiki: Jasne...Przepraszam was na chwilę- powiedziałam do rodziców. Adam pociągnął mnie za rękaw na zewnątrz. Usłyszałam jeszcze głos mamy:"Pewnie idą się całować" która bardzo zadowolona udała się z tatą do salonu.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Sam nie wiem co tu się działo! Pociągnąłem za rękę Wiktorię i wyciągnąłem na zewnątrz. Zamknąłem drzwi. Wiki roztargniona spoglądała na mnie.
Adam: Narzeczony? - spytałem cicho. Musieliśmy rozmawiać prawie szeptem, aby nas nie usłyszeli.
Wiki: Co miałam zrobić?!- mówiła speszona- Nie chciałam zawieść rodziców!- mówiła głośniej.
Adam: Cicho...- uciszyłem ją.
Wiki: Pojedziesz ze mną do tego Gdańska? Proszę...- błagała mnie , trzymając za ramiona i patrząc prosto w oczy.
Adam: Ale...
Wiki: Tylko na ten wyjazd- przerwała mi. Popatrzyłem na nią lekceważącym wzrokiem.
Adam: Dobra...- powiedziałem, po czym weszliśmy do "domu".
Gdy wchodziliśmy do salonu, w którym znajdowali się rodzice Wiktorii, ruda zatrzymała mnie na chwilę. Rodzice jeszcze nas nie widzieli.
Wiki: Okey...-chwyciła mnie za rękę- uśmiechaj się i przytakuj...- powiedziała, po czym razem z moją "dziewczyną" ruszyłem w stronę stolika, przy którym siedzieli jej rodzice.

Mam nadzieję, że ta część się spodoba:)/ Zuza

Wiem jedno...w końcu się spotkamy. [1]

Siedziałam na kanapie w pokoju lekarskim, ciesząc się chwilą spokoju. Bycie ordynatorem nie jest łatwe...Tym bardziej, jeżeli chirurdzy zachowują się jak dzieci...Dlaczego w tym momencie pomyślałam o Krajewskim?:D No tak...zbyt często o nim myślę. Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Rzuciłam tylko "Proszę" od niechcenia, bo w tym momencie chciałam być sama. Do pomieszczenia wszedł Tomasz. Niby nic dziwnego, tylko, że ubrany był w strój lekarski...Z wymuszonym uśmiechem podeszłam i przywitałam się. Pocałowałam go w policzek...
Tomek: Cześć...- mówił, spoglądając na moją zakłopotana twarz.- Coś się stało?
Wiki: Co? Nie...Tylko...- wskazałam ręką na jego ubiór. Uśmiechnął się.
Tomek: Będziemy razem pracować.- wyszczerzył się do mnie...Jeszcze tego brakowało! Rzepecki 24 na dobę?! A gdzie przepraszam bardzo moja prywatność?!
Wiki: Aha...- nie tryskałam entuzjazmem. Chyba to zauważył...Chwycił mnie za ramiona i ponownie posłał uśmiech. Nie lubiłam kiedy się uśmiechał...Sama nie wiem dlaczego.
Tomek: będzie dobrze...poza tym, będziemy małżeństwem, musimy nauczyć się żyć blisko...- Lecz nie widząc dalej mojej radości, której wcale we mnie nie było, zrezygnowany usiadł na kanapie. Próbowałam załagodzić sytuację, więc również usiadałam i z przymusu położyłam ręką na jego ramieniu.
Wiki: Cieszę się, tylko...- Tak naprawdę, to nie miałam powodu do radości. Próbowałam wykombinować jakieś racjonalne wytłumaczenie. Wymyśliłam.- Wiesz, Adam tu pracuje, z tego co wiem, to nie macie dobrych kontaktów.- rzuciłam jednym tchem.
Tomek: Nie martw się tym...- objął mnie ramieniem. Szybko wstałam pod pretekstem pilnej konsultacji na izbie.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Powolnym krokiem kierowałem się do pokoju lekarskiego. Nagle, na korytarzu wpadła na mnie rudowłosa ślicznotka. Złapałem ją w ramiona "Przez przypadek" przytulając. Zdziwiło mnie to, że nie oderwała się, tylko stała wtulona we mnie. Po chwili odsunąłem ją delikatnie od siebie i popatrzyłem na nią z uśmiechem, a jednocześnie ze zdziwieniem. Ona miała zamknięte oczy.
Adam: Wiki?- powiedziałem cicho, na co ona odskoczyła ode mnie jak oparzona.
Wiki: Przepraszam, nie zauważyłam cię....- mówiła, co chwilę spoglądając na mnie.
Adam: Nic się nie stało...co cię tak zmartwiło?- palnąłem.
Wiki: Eh...Tomasz tu pracuje...- wybuchnęła. Dopiero po chwili dotarło do niej, co powiedziała. Speszyła się.
Adam: Ja też się nie cieszę...- Chyba zrozumiała, że widzę jej niezadowolenie pobytem Tomka.
Wiki: Kończę dyżur, a ty?- zmieniła temat.
Adam: Ja też...Możemy razem pójść do Hotelu...- zapytałem, ale znałem już odpowiedz. Widziałem to w jej oczach.
Wiki: Jasne...- moje przypuszczenia potwierdziły się. Uśmiechnąłem się. Ona również to zrobiła. Poszliśmy razem do pokoju lekarskiego.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Razem z Adamem kierowałam się z stronę lekarskiego. Modliłam się w duchu, aby Tomka już tam nie było. Dlaczego ja tak myślę?! Jezu...ja nic do niego nie czuję! Co ma zrobić?! Nie mogę od tak zerwać z nim...ponadto, Razem z moim " narzeczonym" jak to moi rodzice nazywają-chodź wcale nie jesteśmy zaręczeni- w ten weekend mamy pojawić się w hotelu w Gdańsku.... Na "rodzinne" zapoznanie. I co ja powiem rodzicom?! Ja go nie kocham!
Wiki: Nie kocham...- powiedziałam zupełnie przypadkowo. Po protu wymknęło mi się...A obok mnie był Adam , który na nieszczęście słyszał moje słowa.
Adam: Mówiłaś coś?- spytał naturalnym głosem.
Wiki: Nie...- w tym momencie weszliśmy do lekarskiego. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Nie było tam Tomka.  Przebraliśmy się i wyszliśmy ze szpitala. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym...Tak miło mi się z nim rozmawiało...nie tak jak  Tomkiem. Zakochałam się?! Ch*lera, ja już od dawna coś do niego czuję...NIE, NIE, NIE...nie myśl o tym Consalida!
Dochodziliśmy do " domu" gdy nagle drogę zagrodził nam Tomasz. Miał bukiet róż w jednej ręce i małe czerwone pudełeczko w drugiej. No pięknie...Chcę stąd uciec!!!! Tomasz uklęknął przede mną i wypowiedział zdanie, która miało zmienić moja CAŁE życie..." Wyjdziesz za mnie?" Długo trwała cisza. Patrzyłam raz na Rzepeckiego, raz na Adama...miał taką smutną minę. Wzięłam do ręki bukiet róż i zdzieliłam nim Tomka w twarz. Następnie nieświadoma jeszcze tego, co zrobiłam uciekłam do Hotelu. Adam pobiegł za mną.
I jak? Mam nadzieję, ze się spodoba:)/ Zuza
Więc, prowadzę bloga o Adamie i Wiktorii, ale na innej stronie. Postanowiłam zacząć pisać inne opowiadanie, które będę publikować tutaj:) Tak jak tam, będę się podpisywała Zuza:) Tak więc, zaczynajmy!/ Zuza