środa, 1 kwietnia 2015

"Ostatni wschód słońca" [2]

- Z własnego doświadczenia wiem, żeby zrobić kanapkę, nie potrzeba obieraczki do ziemniaków...- mówiłam zszywając ranę, po rozcięciu obieraczki do ziemniaków pacjentowi. Miałam dzisiaj dyżur na Izbie, co dla mnie jest wręcz katorgą.
- Pani nie wie, jak to się stało...- odezwał się delikwent.
- Wolę nie wiedzieć...- przykleiłam opatrunek.- Za dwa tygodnie ściągamy szwy...- zdjęłam rękawiczki. Mężczyzna udał się do wyjścia.- Proszę uważać na przyszłość!- krzyknęłam. Zniknął za drzwiami. Pierwszy raz od rana ( a jest godzina 13) mam chwilę dla siebie. Usiadłam na krześle i zaczęłam coś bazgrolić na kartce. Nagle usłyszałam pukanie w drzwi. Już myślałam, że to kolejny pacjent...ku mojemu zdziwieniu i uldze, okazał się to być Adam. Uśmiechnęłam się do niego. Usiadł na przeciwko mnie.
- Chcesz, żebym cię zbadała?- zapytałam ironicznie.
- Nie...chciałem się zapytać, o której kończysz.- uśmiechnął się do mnie łobuzersko. Zdziwiłam się.
- O...18- powiedziałam powoli, patrząc mu prosto w oczy i próbując coś z nich wyczytać.
- Będę czekał...-mówił wstając energicznie z krzesła. Jeszcze chwilę siedziałam zamurowana, podczas gdy Adam już dawno wyszedł ze szpitala.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie zebrałem się na odwagę i zaprosiłem ja na ....nie wiem czy to można nazwać randką. Powiedzmy, że tak. Dumny z siebie szedłem przed siebie. Nagle ktoś wskoczył na moje plecy i dłońmi zakrył moje oczy. Wziąłem w ręce zgrabne, kobiece dłonie i cały czas trzymając je odwróciłem się... Było mi w to bardzo trudno uwierzyć.
- Adaś!- krzyknęła. Rzuciła mi się na szyję.  Przytuliłem ją z całych sił.
- Marysia, co ty tu robisz?- zapytałem nadal zdziwiony tuląc przyjaciółkę. Razem studiowaliśmy. No i byliśmy parą...ale rozstaliśmy się i pozostaliśmy przyjaciółmi. Odchyliła lekko głowę,
- Przyjechałam po ciocię...ale jak Cię zauważyłam, to musiałam się przywitać.- uśmiechnęła się promiennie do mnie. Mery( tak ją nazywaliśmy) zawsze była piękna.  Miała delikatne rysy twarzy. Ubrała się w delikatną, zwiewną sukienkę. Była fioletowa z różne kwiaty, do tego miała jeansową kamizelkę.Jej piękne, brązowe, długie włosy opadały na klatkę piersiową oraz ramiona. Na nogach miała brązowe, eleganckie sandałki.
- Jak ja cię dawno nie widziałem...- powiedziałem, cały czas nie przestając się uśmiechać. Trzymałem ją w talii.
- No...długoooo- powiedziała przeciągając literę "o".
- A co z ciocią?- zapytałem.
- Miałam ją odebrać, gdyż skręciła sobie kostkę, ale kiedy już byłam w szpitalu, powiedziała, że wezwała taksówkę...- opoje zaśmialiśmy się.
- Czyli...nic teraz nie robisz?- zapytałem na podrywacza.
- Nie...chodźmy na lody!- krzyknęła zanim zdążyłem coś powiedzieć. Ucieszyłem się, gdyż moja jedyna atrakcja dla dziewczyn to łóżku...nie licząc Wiki, którą zaprosiłem pod wieczór na spacer.
Tak więc, ruszyliśmy do centrum Warszawy, moim autkiem.
- No...widzę, że miłość do samochodów ci nie przeminęła.- powiedziała gładząc skórzane fotele mojego cacka. Ruszyliśmy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wiedziałam co mam o tym myśleć...randka?! Nie...może po prostu chciał spędzić ze mną trochę czasu przed wyjazdem... Właśnie wychodziłam ze szpitala. Była godzina 18...rozglądnęłam się dookoła. Adama nie było. Powiedział, że będzie czekał. Jeszcze chwilę stałam przed szpitalem,z  nadzieją na pojawienie się Krajewskiego. Niestety...nie doczekałam się. Wystawił mnie...moje oczy napełniły się łzami. Już miałam ruszyć do Hotelu, gdy moim oczom ukazał się samochód Adama. Przyjechał....więc jednak o mnie nie zapomniał. Poszłam w jego stronę. Już miałam do niego krzyknąć, gdy nagle ze strony pasażera wysiadła jakaś dziewczyna...stanęłam jak wryta. Przecież się umówiliśmy! Śmiali się, rozmawiali a następnie w wyśmienitych humorach ruszyli po Hotelu. Stałam jak słup, nie dowierzając...Jak on mógł mi to zrobić?! Moje oczy ponownie napełniły się łzami. Z powrotem weszłam do szpitala. Postanowiłam, że wezmę dodatkowy dyżur...nie chcę się z nim dzisiaj widzieć...

Mam nadzieję, że się spodoba:) Przepraszam, że mnie długo nie było...duuuuużo nauki/ Zuza

piątek, 20 marca 2015

" Ostatni wschód słońca" [1]

Siedziałam otulona ciepłym, brązowym kocem i wpatrywałam się w małe, lśniące gwiazdy, porozrzucane po granatowym niebie. Każda z nich wydawała mi się jeszcze piękniejsza. Teraz, kiedy zerwałam zaręczyny z Tomaszem, mam dość wszystkich facetów...Bez wyjątków. Nie wiem jak to będzie. Może już po prostu nie warto wierzyć w szczęście....może ono nie istnieje. Odgarnęłam niesforny kosmyk włosów z twarzy. Nagle poczułam zapach męskich perfum. Szybkim ruchem usiadł obok mnie. Uśmiechnął się i włożył ręce do kieszeni.
- Zimno, co?- spytał. Uśmiechnęłam się do niego.
- Trochę...- zarzuciłam na siebie jeszcze bardziej koc.
- Idziemy?- zapytał po chwili. Nie miałam pojęcia dokąd.
- Gdzie?- spytałam zdziwiona.
- Do hotelu...jest zimno.- powiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Nie chcę...- mówiłam z grymasem na twarzy.
- Wiki? Coś się stało?- zapytał Adaś.
- Eh...szczęście chyba mnie opuściło...- powiedziałam, a w moich oczach pojawiły się łzy. Adam popatrzył jeszcze raz na moje zmarznięte ciało ( Bo naprawdę było mi zimno) i bez słowa ruszył do Hotelu.- I ty też mnie opuściłeś...- szepnęłam cicho, tak, żeby tego nie usłyszał, zawiedziona jego reakcją. Sięgnęłam po chusteczki higieniczne do kieszeni, lecz zamiast nich, wyciągnęłam zwinięty kawałek kartki. A na nim: "Jeżeli szczęście jeszcze do Ciebie nie przyszło, to znaczy, że jest duże i idzie małymi kroczkami" Uśmiechnęłam się na myśl, tego, kto wrzucił mi ta karteczkę a wiedziałam, kto to zrobił. Wzięłam do ręki koc i szybkim krokiem ruszyłam do Hotelu. Wchodząc ujrzałam Agatę, która zdenerwowana przeglądała listy. Podeszłam do niej.
- Co robisz?- spytałam. Odskoczyła, tak, jakby dopiero teraz spostrzegła, że tu jestem.
- Eh...- z powrotem zanurzyła się w papierach- Nie najlepsze wiadomości...- rzuciła. Opuściła bezradnie ręce. 
- Czyli?- kontynuowałam rozmowę. Bez słowa podała mi do ręki dwa listy, zaadresowane do Adama i Przemka. Zmarszczyłam brwi, nie kryjąc zdziwienia. Wzięłam je do ręki i sprawdziłam nadawcę... "Polskie Wojskowe Służby Medyczne" Podniosłam wzrok na przyjaciółkę, która nerwowo obgryzała paznokcie. To znaczy, że Adam i Przemek będą musieli wyjechać na misję wojskową...
- I co teraz?- z rozmyślań wyrwał mnie zachrypnięty głos Agaty.
- Nie wiem...- pokręciłam głową. Kusiło mnie, aby sprawdzić co jest w środku. W końcu paznokciem przejechałam spód koperty, otwierając ją.
- Co ty robisz?- spytała patrząc na mnie wielkimi oczami.
- Otwieram....- powiedziałam stanowczo. Teraz już nie protestowała. Ciekawość wzięła górę.  Sprawnym ruchem wyjęłam białą kartkę, całkowicie zapisaną. Zaczęłam czytać na głos.
- W związku z zwiększającą się liczbą rannych żołnierzy oraz cywilów, zawiadamiamy o przymusowym wstąpieniu do Wojskowych Służb Medycznych Pana Przemysława Zapałę...- dalej już nie czytałam. Byłam pewna, że w liście do Adama znajduje się ta sama treść. - Rzeczywiście, nie najlepsze...- przyznałam rację przyjaciółce. Zakleiłyśmy kopertę Przemka. Agata poszła zanieść ją Przemkowi, a ja....Adamowi.  Zapukałam cicho do drzwi, Usłyszałam "proszę" po czym delikatnie odchyliłam drzwi, wysuwając zza nich tylko głowę. Uśmiechnęłam się niewyraźnie.
- Mogę?- zapytałam. Przytaknął głową. Czytał jakąś książkę, siedząc na skraju łóżka.- Mam coś dla Ciebie.- Usiadłam obok niego. Podałam mu list. Odłożył książkę na bok, przyglądając się z niezadowoleniem kopercie. Siedział bez ruchu.
- Nie otworzysz?- zapytałam w końcu.
- I tak wiem co jest w środku.- powiedział przenosząc wzrok z koperty na mnie.
- Wezwanie do służb medycznych...- wydukałam. Popatrzył na mnie zdziwiony.
- Skąd wiesz?- dopiero teraz dotarła do mnie moja głupota i to, co przed chwilą powiedziałam.
- No...koperta Przemka była otwarta, więc zajrzałam.- powiedziałam  speszona. Uśmiechnął się.- Wyjedziesz?- zapytałam patrząc na niego ukradkiem.
- Nie mam wyjścia...- rzeczywiście, miał rację. Zaczęłam nerwowo bawić się kosmykiem włosów. - Top ja już pójdę. Wstałam i kierowałam się do drzwi. Nagle usłyszałam głos Adama.
- Wiki?- powiedział. Zatrzymałam się, odwracając do niego.- Dzięki...- uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju. Chodź nie znaczył dla mnie wiele to...martwiłam się o jego wyjazd...bardziej niż o Przemka.

Nowe opowiadanie. Mam nadzieję że wam się spodoba:)/ Zuza

niedziela, 15 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [8] KONIEC!

Obudziłam się przypięta do kroplówki. Leki powoli schodziły, a przy moim łóżku stała Agatka. Cieszyłam się, że przyjechała. Uśmiechała się niewyraźnie, jakby sztucznie...pod blask słońca widziałam jej mokre policzki. Usiadła obok mnie i patrzyła się w moje zielone oczy... Nie wiedziałam co może znaczyć ta cisza.  Spuściłam wzrok na jasno-białe płytki, pokrywające szpitalną podłogę. Nie chciałam już nic wiedzieć...
- Od początku wiedziałam, że ten wyjazd to zły pomysł...- powiedziałam cicho. Do oczu napływały mi łzy.- To moja wina- małe, krystaliczne kropelki spłynęły po obu moich policzkach. Agata nie odezwała się. Wpatrywała się w kołdrę, którą raz za czas bawiła się. A ja nadal, przez płacz, kontynuowałam swój dylemat.- Może to głupie, ale ja naprawdę się o niego martwię.- otarłam moje policzki-  Nie wyobrażam sobie bez niego życia..- Miałam podkulone nogi do klatki piersiowej. Ręka nie bolała mnie już tak mocno.
- Wiem...- powiedziała bezsensownie moja przyjaciółka- kocha to wróci.- uśmiechnęła się, a jej oczy przeszkliły się.
- Jakby kochał, to by nie odszedł...- skwitowałam i wtuliłam się z białą, puszystą poduszkę.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Minęło kilka tygodni od tragicznych wydarzeń, które zmieniły moja życie. Stałam teraz na cmentarzu...Sama. Było chłodno, szyje miałam otuloną wełnianym, białym szalikiem. Mój czarny płaszcz, można powiedzieć, że oznaczał żałobę...ale ubrałam go przypadkowo.  Nie miałam w planach odwiedzać cmentarza, ale nie mogłam tak obojętnie przejść. Położyłam kolejna różę na grobie...Na grobie bliskiej mi osoby. Bardzo bliskiej. Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie w tali.
- Nie za wcześnie na pieszczoty?- zapytałam.
- Nie...- odpowiedział.
- Przecież nie jesteśmy razem...- powiedziałam, zadziornie się uśmiechając i odsuwając jego ręce z moich bioder. Obróciłam się przodem do grobu i znów pogrążyłam się w rozmyślaniu.
-Możemy to zmienić.- szepnął mi do ucha.
- Nie wiem, czy on byłyby zadowolony- wskazałam na zdjęcie, na nagrobku.
- Powiedziałaś mu?- spytał.
- Tak...kilka godzin przed śmiercią...był w dobrym stanie...lekarze powiedzieli, że to skrzep w płucach.- tłumaczyłam.- Ale ty przeżyłeś.
- Dla Ciebie.- po raz kolejny szepnął, całując mnie w szyję.
- Adaś...przestań, jesteśmy na grobie, ponadto mojego taty...a my.- spojrzałam mu w oczy- Nie jesteśmy razem...- uśmiechnęłam się.
- Wiem...- powiedział z zawodem. Odsunął się i ruszył do przodu. Wiedziałam, że się ze mną droczył.  Uśmiechnęłam się i rzuciłam.
- Do widzenia tato...- posłałam całusa w powietrzu, przeżegnałam się i ruszyłam za chłopakiem.
- Czekaj!- krzyknęłam. Dopadłam go i powiesiłam się na jego szyi. Popatrzył na mnie zaskoczony, podnosząc brwi do góry.
- Czyżby jakaś zmiana, pani doktor.- powiedział, swobodnie obejmując mnie w pasie.
- Wiesz...skoro już udawaliśmy parę, to może tak po prostu w świecie ją zostańmy.- powiedziałam całkowicie poważnie, na co mój ukochany obdarzył mnie namiętnym pocałunkiem.
- Pierwszy pocałunek trzeba zapamiętać...- powiedział, patrząc prosto w moje zielone- szafirowe oczęta.
- No...to pamiętaj- teraz to ja wpiłam się w jego usta. Staliśmy tak wtuleni, dopóki nie przegoniła nas jakaś babka, która uważała, że zachowujemy się nieprzyzwoicie.  Zaczęliśmy się śmiać i pobiegliśmy, trzymając się za ręce do samochodu Adama. Nie wiem jaki z tego morał...może nie ma żadnego...A my po prostu byliśmy sobie przeznaczeni. Pomimo tego tragicznego w skutkach wypadku, czuję się wreszcie szczęśliwa...mimo to, że straciłam ojca, z którym nie byłam tak bardzo zżyta. Nie ważna...zaczyna się nowy rozdział w moim życiu. Bez nudnego Tomasza, bez ciągłego potajemnego wpatrywania się w ciemnowłosego chirurga. Teraz czuję, że moje życie nabiera smaku.  I, że już nie będę tą nudną Panią ordynator. Będę wesołą kobietą, o rudych włosach, która dla wszystkich będzie wredna i...przede wszystkim szczęśliwa.

                                                                           KONIEC

Moi kochani, mam nadzieję, że historia wam się spodobała. Nie, nie bójcie się, stworzę kolejne opowiadanie, tylko o innej tematyce. Nie mam zamiaru pisać jednego, ciągłego opowiadania, tylko kilka różnych./ Zuza

wtorek, 10 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [7]

Bezsensownie wpatrywałam się w ścianę, wyłożoną białymi kafelkami. Moje policzki były pobrudzone rozmytym tuszem do rzęs.Ręka...dostałam jakieś przeciwbólowe i da się wytrzymać. Nastawianie bolało najbardziej. Siedziałam w kącie szpitalnej łazienki. Co chwilę pojedyncza łza spadała po moim policzku. Ocierałam ją szybko, aby zrobić miejsce dla kolejnej przeźroczystej kropelki.Przez przypadek zaczepiłam ręką o łańcuszek...Adaś mi go kupił. Zdjęłam go z szyi i chwyciłam go ręki. Przypomniał mi chwilę, kiedy Adam zakładał mi go szyję. I to, jak moje ciało drżało, przy każdym jego ruchu. Kiedy opuszkami palców przejeżdżał po mojej szyi. Moje oczy znów napełniły się łzami. Zamknęłam je, dając upust emocją. Szlochałam cicho, aby nikt tego nie usłyszał. Dwadzieścia pięć procent szans na przeżycie...Nie mów mi, że to dużo! To tak jakbyś podzielił tulipana na cztery płatki. Płatki są ładne, ale tylko cały tulipan jest piękny... Nie chciałam tam teraz iść. Chciałam zaszyć się w jakimś ciemnym koncie i wypłakać się...niestety, łez nigdy nie zabraknie. Skąd one się biorą? Nie wiem...a chrzanić to... Nagle, z rozmyślań wyrwał mnie głos telefonu. Zobaczyła kto to...Agatka. Tak...to teraz było najlepsze lekarstwo. Rozmowa z najlepsza przyjaciółką. - Wiki? No cześć- usłyszałam szczęśliwy głos przyjaciółki- Jak się bawicie?- spytała.
- Niezbyt...- próbowałam powstrzymywać się od płaczu. Chyba to zauważyła.
-Wiki, płaczesz?!- jej humor momentalnie zniknął.- Wiktoria?
- Pomóż mi...- rozkleiłam się.
- Ale co się stało?- mówiła stanowczym tonem, coraz bardziej zaniepokojona.
- Jestem teraz w szpitalu...
- Wiki co się dzieje?!- przerwała mi.
- Mieliśmy wypadek...- powiedziałam ochrypłym głosem, próbując się uspokoić, co wcale nie było łatwe.
- Wszystko w porządku?! - mówiła coraz głośniejszym tonem. Z trudem połknęłam ślinę i rzuciłam:
- Z Adasiem jest źle...Przyjedziesz?- zapytałam z nadzieją, ocierając łzy.
- Tak...tak przyjadę.- mówiła.- Wszystko będzie dobrze...słyszysz?
- Ta..- burknęłam. Rozłączyła się. Znów byłam sama.  Trzeba było wziąć się w garść. Wstałam i niepewnym krokiem poszłam na OIOM.  Dotarłam przed drzwi sali. Stanęłam i patrzyłam na to...z nienawiścią. Jak człowiek, który w nas wjechał, mógł tak po prostu odjechać...Nagle z sali wyszedł lekarz. Nie chirurg który go operował, jakiś inny...
- Jaki jest jego stan doktorze?- zapytałam. Momentalnie przyłączyła się do mnie moja Mama. Obie wpatrywałyśmy się z napięciem w twarz lekarza.
- A kim Pani jest?- mówił, przeglądając karty. Właściwie...to nikim. Wpadłam na pomysł.
- To mój narzeczony!- rzuciłam. Moja mama chyba nigdy nie miała tak dużych oczu.- Tak mamo, zaręczyliśmy się, nie chciałam nic wam mówić...chcieliśmy z tym poczekać.- słowa te doprowadziły moją mamę na skraj euforii. Lekarz szepnął coś pod nosem.
- No nie powie mi pan, bo nie jestem jego żoną?!- oburzyłam się. Odwróciłam głowę, kręcą ją z dezaprobatą.
- No dobrze...-westchnął- Jego stan jest stabilny ale ciężki.. - zawahał się- wyjdzie z tego- uśmiechnął się sztucznie, po czym wyminął nas i odszedł. Jeszcze raz popatrzyłam na Adama. Zakręciło mi się głowie. Runęłam na podłogę.

Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo przepraszam, że takie krótkie:( Naprawdę bardzo:(  Właśnie zdałam sobie sprawę, że za 20 minut muszę być na jeździe konnej XD. Jak przyjadę, to jeszcze coś napiszę. Zuza

niedziela, 8 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [6]

Obudziłam się w tej samej pozycji, w której straciłam przytomność. Obok mnie klęczała mama. Miałam głowę opartą o koło samochodu. W okół nigdzie nie było karetek, anie straży pożarnej...tylko grupka gapiów, którzy nic nie robili...tylko patrzyli na nieprzytomnych ludzi. A po samochodzie ciężarowym nie było śladu.
Wiki: Ile byłam nieprzytomna?- spytałam słabym głosem.
Wanda: 5 minut..- mówiła przerażona mama. No tak....jestem lekarzem, muszę pomóc ofiarą wypadku.
Wiki: Pomóż mi wstać...- mówiłam.- Ała -krzyknęłam-Nie za ten bark...chyba jest wybity..- z pomocą mamy wstałam. Ręka cholernie mnie bolała. Do tego miałam wielką szramę na policzku...leciało z niej jeszcze trochę krwi.- dzwoń na pogotowie...- mówiłam, delikatnie dotykając mojego policzka. Znowu jęknęłam z bólu. Wyszłam zza samochodu, przy którym leżałam..zobaczyłam leżącego na ziemi tatę..Następnie przy ławce leżała przytomna nastolatka, a obok niej nieprzytomny chłopak...sprzedawce leżał obok przewróconej budki Pierwsze podbiegłam do taty.
Wiki: Tato...słyszysz mnie?!- mówiłam ze łzami w oczach- Tato..Obudź się...Tato słyszysz mnie?!- lewą ręką nie mogłam ruszać...kucałam przy tacie, a rękę miałam między nogami. Po chwili tata obudził się.
Tata: Wiki...co się stało?- spytał słabym głosem.
Wiki: Mieliśmy wypadek...leż tato...- odpowiedziałam mu.
Tata: Nic ci nie jest...a mamie?- pokręciłam przecząco głową, na znak, że nic nam nie jest, po mimo mojej ręki...która coraz to bardziej bolała.- A Adam?!- spytał podnosząc głowę.
Wiki: Adam...?- dopiero teraz spostrzegłam, że nigdzie nie ma Adama. Rozglądałam się dookoła.- Sprawdzisz gdzie jest Adam?!- powiedziałam do mojej mamy, która podążyła za stojący przed nami samochód.
Tata: Co z Adamem?!- pytał.
Wiki: Nie wiem...- mówiłam- tato leż, nie podnoś tej głowy...- krzyknęłam. Nagle usłyszałam głos mamy.
Wanda: Wiki, tu jest!
Wiki: Już idę! Yyy..pan- wskazałam na człowieka, który stał nad nam i patrzył na całą sytuację- pomoże nam pan?- spytałam. Zgodził się.- Dobra, Pan tu jest...proszę cały czas patrzeć czy oddycha..- potwierdził głową, że da radę.- Na pewno?- jeszcze raz pokręcił głowę. Wstałam. wyszłam zza samochodu...leżał tam Adam...głową prawdopodobnie uderzył w drzewo,, gdyż właśnie o nie miał ją opartą.
Wiki: Adam!- krzyknęłam. Podbiegłam do niego. Kucnęłam za drzewem. 
Mężczyzna: Dotykać coś?- zapytał robotnik drogowy, który widział całe wydarzenie.

Wiki: Nie, proszę zostawić...ja go delikatnie przesunę...- jedną rękąprzesunęłam jego głowę, z drzewa na trawę. Miałam rację...na drzewie była krew.- Adam, słyszysz mnie?- spytałam potrząsając jego ramieniem.- Adam?!- mówiłam. Sprawdziłam...oddychał. Musieliśmy czekać na karetkę. Krzyknęłam tylko do mężczyzny pilnującego mojego taty.
Wiki: W porządku?!
Mężczyzna: Tak!- krzyczał.
Wiki: Dobra...mamo, zostań tu, pilnuj go...- powiedziałam resztką sił podnosząc się z ziemi. Ręki praktycznie nie czułam...podeszłam do rannej nastolatki. Była przytomna i siedziała obok chłopaka, który również był przytomny.
Wiki: W porządku?- obaj pokręcili głową, na znak, że nic im nie jest. Rozglądnęłam się dookoła. Jest...sprzedawca! Podbiegłam, sprawdziłam puls...zamarłam. Nie czułam pulsu...nie oddychał a jego źrenice nie reagowały na światło. Łza zakręciła mi w się w oku. Z powrotem pobiegłam do Adama. Kucnęłam przy nim. Oddychał. Chwile przy nim siedziałam...aż nagle sprawdziłam oddech...
Wiki: Cholera, nie oddycha!- próbowałam zachować zimną krew, lecz nie umiałam.
Wanda: Co?!- spytała moja przerażona mama.
Wiki: Nie oddycha....jest pan trzeźwy?!- spytałam robotnika drogowego...oni zazwyczaj wypiją jedno piwko, może dwa na budowie. Powiedział, że tak.- Musimy podjąć resuscytację, umie pan?!
robotnik: Nie wiem...- powiedział, speszony patrząc na mnie.
Wiki: Dobra...splata pan tutaj ręce...i trzydzieści uciśnięć, po środku klatki...rytm jest sto na minutę, głębokość 4-5 cm...szybciej trochę...
Robotnik: 28,29,30...- oderwał się od masowania. W tym momencie ja, zrobiłam wentylację zastępczą czyli sztuczne oddychanie. 
Mama: I jak?!- krzyczała, opierając się jedną ręką o drzewo, a druga trzymając się za głowę.
Wiki: Nie wiem...- sprawdziłam- wróciło krążenie...ale oddech jest strasznie słaby...- w tym momencie do moich oczy napłynęły łzy. Usłyszałam syrenę karetki. Klęczałam przy nim, z moją biedną ręką, której już w ogóle nie czułam. Głaskałam go po policzku.- Adam wytrzymaj jeszcze chwilę...wytrzymaj! Szybciej- krzyczałam na ratowników medycznych, którzy wybiegli z karetki- Szybciej...Adam wytrzymaj jeszcze chwilkę...
R, medyczny- Co się stało?!- krzyknęła podbiegając do mnie i do Adasia.
Wiki: Mieliśmy...- lecz w tym momencie zabrakło mi powietrza. przechyliłam się na trawę i straciłam przytomność.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kardiomonitor pokazywał rytm... Wpatrywałam się w niego. Rękę miałam już na temblaku, a z mojego policzka nie sączyła się już krew...Opierałam się o poręcz szpitalnego łóżka. Moja mama czekała przed salą operacyjną. A ja byłam przy łóżku mojego taty. Otworzył oczy.
Wiki: Cześć...- powiedziałam uśmiechając się niewyraźnie.
Tata: Wiki...co z Adamem?- spytał. Nie odpowiedziałam, tylko popatrzyłam na płtyki, na które spadały moje łzy.- Wiki?!
Wiki: ...Jest operowany- wydusiłam z siebie- Ale jest bardzo źle...ma poważny uraz głowy- te słowa przebijały moje serce. Niby nie narzeczony, ani chłopak, ale...zależało mi na nim.
Tata: Pójdziesz, dowiesz się czegoś?- spytał.
Wiki: Tak....- wyszłam z sali.  Udałam się w stronę sali operacyjnej. Przed nią siedziała moja mama, bawiąc się rękami. Usiadłam przy niej i mocno się do niej przytuliłam. Nie chcę go stracić...kto będzie codzienne opowiadał mi kawały, kto będzie mnie podrywał i szykował cięte riposty...kto będzie mnie denerwował?! Nie mogłam wytrzymać tego oczekiwania...to jak wyrok na śmierć. Pamiętam ,że jego stan był ciężki..I to była najgorsze...Nagle drzwi od sali operacyjnej otworzyły się. Wyszedł chirurg. Energicznie wstałam z krzesła.
Wiki: Co z nim?!
Chirurg: Musimy czekać...- po czym minął nas bez słowa. Moja mam opadła na krzesło, z brakiem nadziei. Ja pobiegłam za lekarzem.
Wiki: Ej...czekaj!- pociągnęłam go za rękę- Mów do mnie jak człowiek!- krzyczałam na niego- Jak on ma szansę, ja też jestem lekarzem!- moja twarz zrobiła się czerwona.
Chirurg: Musimy poczekać...- powtarzał spokojne.
Wiki: Przeżyje?!
Chirurg: Zrobimy wszystko co w naszej moc...
Wiki: Nie chcę, żebyście zrobili to, co w waszej mocy...chcę żebyście zrobili więcej!-przerwałam mu
Chirurg: Przepraszam, muszę już iść...- ruszył przed siebie.
Wiki: Doktorze...- ponownie go zatrzymałam- jest źle , prawda?
Chirurg: Tak...- opuścił głowę i poszedł....tym razem nie zatrzymałam go. Na środku korytarza wybuchłam bezradnym płaczem.

Co będzie z Adamem?! Musicie być cierpilwi!/ Zuza

piątek, 6 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy. [5]

Zeszliśmy na dół, do restauracji. Jeszcze raz popatrzyłam na Adama i uśmiechnęłam się. Dziwiłam się, że nie lubi chodzić w garniturze...wyglądał w nim BOSKO. Widząc stolik, przy którym siedział mój tata, ponownie chwyciłam mojego "chłopaka" za rękę i podążyłam wprost. Miałam wrażenie, że Adam cały czas się na mnie patrzył, a konkretnie na mój tyłek.Wiki: Podoba ci się?- zapytałam z uśmiechem.Adam: Bardzo...- uśmiechnął się łobuzersko. Podeszliśmy do stolika. Usiedliśmy. Zamówiliśmy dania. Atmosfera-o dziwo- była bardzo przyjemna. A znają się dopiero od dwóch dni. Oczywiście nie obyło się bez pytań " A kiedy masz zamiar się jej oświadczyć" albo "Wy naprawdę do siebie pasujecie" wypowiedzianych naturalnie z ust mojej mamy.  Kolacja się skończyła. Rodzice poszli do swojego pokoju, a ja z Adamem do naszego..właśnie....musimy spać w jednym łóżku. Co prawda, spaliśmy już ze sobą, ale teraz była tak jakoś dziwne. Weszliśmy do pokoju. Od razu usiadłam zmęczona na łóżku. Adam: Aż tak się zmęczyłaś?- spytał, momentalnie ściągając krawat.Wiki: No...-przeciągnęłam się.- A ty?Adam: Eh...męczyły mnie tylko pytania twojej mamy"  Jak bardzo się kochacie" A macie zamiar mieć dzieci?:- robił przy tym, takie miny, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wykąpaliśmy się. Było już późno. Wyszedłem z łazienki i pierwsze co zobaczyłem, to Wiktorię leżącą na łóżku. Nie spała jeszcze, robiła coś na tablecie. Podszedłem do niej, ubierając podkoszulkę. Usiadłem na skraju łóżka.Adam: Czyli to ja będę musiał spać w wannie?- zapytałem, udając niewiniątko. Ona tylko uśmiechnęła się i ponownie zaczytała się w czymś, co wyświetlało się na tablecie. Przysunąłem się bliżej aby zobaczyć co robi, lecz ona szybko schowała urządzenie pod kołdrą i popatrzyła mi w oczy.

Wiki: Nie zapomnij, że nie jesteśmy razem...- powiedziała z zawiścią i odwróciła się, dając mi znak, że idzie spać. Nie miałem więc wyjścia...wziąłem koc i poduszkę, po czym ruszyłem do łazienki. Wszedłem do wanny. Zimno i niewygodnie...ale co zrobić. Jeszcze długo nie umiałem zasnąć, myśląc o Wiktorii i jej  ostatnich słowach, które cały czas szumią mi w głowie. Zmęczony wszystkimi myślami, zasnąłem.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rano obudziłam się przez moją mamę. Weszła do pokoju ze śniadaniem na tacy. Dziwne...to powinni robić pracownicy hotelu...Położyła jedzenie na szafce nocnej rozglądając się na około. Prawdopodobnie dopiero teraz zauważyła, że brakuje Adama. 
Wanda: A gdzie twój narzeczony?- zapytała.
Wiki: Mamo...To nie jest mój narzeczony, tak?- spytałam kręcąc głową z politowaniem- Jest w łazience...
Wanda: Ah...W takim razie tu macie śniadanie...- ruszyła w stronę drzwi, lecz zatrzymała się na chwilę- Za pół godziny widzimy się na dole...idziemy zwiedzać miasto.- uśmiechnęła się i wyszła.No tak...bez zwiedzania nie mogło się obyć. Moi rodzice wręcz kochają takie spacerki po dużych miastach. 
Wstałam więc i leniwym krokiem poszłam do łazienki, obudzić Adama. Weszłam i zobaczyłam śpiącego jeszcze chłopaka. Szturchałam jego ramię, lecz nie obudził się. W końcu wzięłam mały kubeczek, nalałam lodowatej wody i chlusnęłam mu tym prosto w twarz. Poskutkowało. Odskoczył jak oparzony a ja zanosiłam się śmiechem. W końcu popatrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, lecz ja wiedziałam, że nie jest zły. 
Adam: Nie popuszczę...- wskazał na mnie palcem, a z jego włosów, wprost na czoło, ciurkiem kapała woda. Wyskoczył w wanny. Już wiedziałam co chce zrobić. Uciekałam śmiejąc się. On napełnił kubek wodą i ruszył za mną. Uciekałam po całym pokoju, lecz na marne...w końcu poczułam na swoich ciele zimną wodę, która przyprawiła mnie o dreszcze. Zaczął mnie gilgotać...a ja śmiejąc się jak nienormalna zaczęłam się wyrywać( chociaż zabawa mi się podobała). Wybiegliśmy na korytarz. Tam spojrzenia Moich rodziców oraz kilku innych gości , spoczęły na nas. Trochę się zawstydziłam, wiedząc jak wyglądamy. Adam puścił mnie i wyprostował się. Rzeczywiście, ktoś mógł pomyśleć, że jesteśmy zakochaną parą. Rzuciłam tylko cisze "przepraszam" i razem z Adasiem zamknęłam się w pokoju. Popatrzyliśmy się na siebie i równocześnie parsknęliśmy śmiechem.
Przebraliśmy się i ruszyliśmy zwiedzać Gdańsk. Chodziliśmy po różnych alejkach, gdzie były stragany z różnymi rzeczami. W końcu zauważyłam stoisko z biżuterią. Podeszłam bliżej i zauważyłam śliczny, złoty łańcuszek, gdzie pięknymi literami było napisane moje imię. Zapytałam o cenę... Niestety, łańcuszek ten był zrobiony z czystego złota, więc przekraczał mój budżet. Podszedł do mnie Adam.
Adam: Co tam patrzysz.- stał za mną i nachylił się aby zobaczyć naszyjnik. Moja plecy były przyklejone do jego klatki piersiowej, a na swoim gołym ramieniu (miałam bluzkę na ramiączkach) czułam jego oddech. Wiedziałam, że robi to specjalnie. W ogóle, na zewnątrz było ciepło, miałam krótkie spodenki, oraz bezrękawnik (jak już wspominałam) Adam również miał krótkie spodnie, takie za kolano, oraz t-shirt, który był mój ulubionym♥ Oboje mieliśmy okulary przeciwsłoneczne. 
Wiki: Tak sobie oglądam...to wszystko jest za drogie....- mówiłam, nadal patrząc się na wymarzony łańcuszek. Adam zdjął okulary, po czym tak samo jak ja, skierował wzrok na łańcuszek.
Adam: Ile?- spytał po chwili ciszy.
Wiki: Co ile?- odwróciłam głowę, dalej będąc "przyklejona" plecami do jego torsu.
Adam: Ile kosztuje...- odpowiedział.
Wiki: 320 zł...- powiedziałam, nie wiedząc jeszcze co planuje. On zawołał sprzedawcę.
Adam: Możemy przymierzyć?- spytał mężczyznę, a ja zrobiłam wielkie oczy. Sprzedawca z uśmiechem podał mu łańcuszek. On zawiesił mi go na szyi. Przejrzałam się w lustrze...był piękny. Adam stanął za mną i chwycił mnie za ramiona.
Adam: Ślicznie wyglądasz...-szepną mi do ucha a mnie przeleciały ciarki. Odwrócił się i podszedł do lady. Otwarłam buzię z wrażenia, gdy zapłacił za mój łańcuszek...Potem podszedł do mnie z uśmiechem.
Adam: To taki prezent...- powiedział, widząc mój uśmiech, zmieszany ze sporym zaskoczeniem.- No chodź...
Wiki: Dziękuję...- przytuliłam się do niego, po czym poszliśmy dalej zwiedzać. Staliśmy przy jednym stoisku,i oglądaliśmy własnoręcznie zrobione kubki, gdy nagle z impetem uderzył w nas ciężarowy samochód, taranują tym samym stoisko, sprzedawcę, nas oraz kilku przechodniów...dalej pamiętam tylko, że leżałam...i widziałam przerażoną mamę podbiegającą do mnie...ale to wszystko było jkaby przez mgłę, a odgłosy były przytłumione...dalej już nie pamiętam...

Spodobało się? Zostaw motywujący komentarz:)/ Zuza

czwartek, 5 marca 2015

Wiem jedno...w końcu się spotkamy [4]

Poczułam, że ktoś szturcha moje ramię. Nie pamiętam co się wydarzyło...czułam, że siedzę...i że o coś się opieram...otworzyłam powoli oczy. Światło słońca raziło mnie. Byłam pewna, że jestem na zewnątrz, nie w jakimś pomieszczeniu. Moja ruchy były jeszcze spowolnione. Przede mną nikogo nie było. Spojrzałam do tłu. Za mną siedział Adam, który nie umiał powstrzymać się od śmiechu, jednak próbował...
Wiki: Co cię tak śmieszy?- zapytałam posyłając mu chłodne spojrzenie. Ona jednak nie zraził się tym, i dalej na jego twarzy malował się uśmiech.
Adam: Twoja mina...- tym razem nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Pokazałam mu tylko język.
Wiki: Co się w ogóle stało?- spytałam przecierając oczy. Dopiero teraz zorientowałam się, że siedzę oparta o jego tors, a on tuli mnie w ramionach. I było mi...dobrze. Nie mogłam teraz oderwać się (chodź wcale tego nie chciałam) od niego. Rodzice stali jakieś 10 metrów dalej i patrzyli na nas, przy czym mama uśmiechała się co chwilę patrząc na tatę. Wywróciłam oczami z pogardą i mimowolnie poddałam się uściskowi Adama. Głowę ułożyłam na jego klatce piersiowej.
Adam: Wstajemy?- spytał. Siedzieliśmy obok samochodu rodziców. Uznałam, że  długo musimy tu już siedzieć, gdyż po rozbitych pojazdach i rannych nie było śladów. Tylko strażacy zbierali jeszcze kawałki szkła i kawałki samochodów, uniemożliwiając przejazd. Grupka gapiów już się rozeszła. - wstajemy?- zapytał po raz drugi, nie słysząc mojej odpowiedzi. Dotarło do mnie, że wcale nie jest zły za tą sytuację u mnie w pokoju... Albo próbował robić dobre wrażenie przy moich rodzicach.
Wiki: Tak...-skinęłam głową. Pomógł w wstać i dla asekuracji trzymał mnie w tali. - poradzę sobie...
Adam: Wolę cię asekurować.... gdybyś przypadkiem upadła, to nie na asfalt, tylko na moją klatę- powiedział uwodzicielsko, wyprężając przy tym klatkę piersiową. Zaśmiałam się cicho, tak, że tylko on to usłyszał. Nie wiem jak on to robi, ale jedno jego słowo, jeden gest, a ja czułam się jak w niebie...
Wsiedliśmy do samochodu. Zegarek wskazywał cztery zera 00:00. Z tego co pamiętam, to wypadek zdarzył się o godzinie 20...Musiałam być długo nieprzytomna. Oprałam głowę o Adama, tak z odruchu. On uśmiechnął się i objął mnie ramieniem. Nie protestowałam. Byłam wtulona w niego. Po chwili zasnęłam.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mój rudowłosy aniołek smacznie sobie spał, wtulony w mój tors. Jej głowa leżała mi w zgięciu szyi, a ręka na brzuchu. Jej prawa ręka leżała ma moich plecach. Ja oparłem swoja twarz o jej czoło. Kaskada jej długich, rudych włosów, pachnących brzoskwinią, opadała na mojej klatce piersiowej. Byłem zmęczony ta całą podróżą i wypadkiem. Zamknąłem oczy. Nie wiem , w którym momencie zasnąłem.
Obudziłem się. Zegar wskazywał godzinę 4:48 nad ranem. Przez okno ujrzałem znak drogowy - Gdańsk. Czyli byliśmy już w Gdańsku. Jeszcze musimy dojechać do Hotelu, który położony jest nad samym morzem, tuż obok plaży. Niestety...na siebie spadały gęste krople deszczu, Niebo było zachmurzone. Tak nie zaczyna się dobrego dnia. Patrzyłem cały czas w okno. W końcu odwróciłem się. Zobaczyłem dwa zielona oczka, przyglądające mi się. Nie zmieniła pozycji od czasu zaśnięcia. Uśmiechnęła się do mnie i tylko to napawało mnie optymizmem na dzisiejszy dzień, pomimo tej paskudnej pogody.
Wiki: Pogoda się zepsuła, co?- spytała również spoglądając w okno.
Adam: Niestety...- zacząłem bawić się kosmykiem jej włosów. Ona zauważyła to i i szybo wyrwała mi je z rak, uśmiechając się zadziornie.
Wiki: Nie za wcześnie na pieszczoty?- popatrzyła na mnie rozbawionym, wzrokiem.
Adam: Przecież jesteśmy parą...- szepnąłem jej do ucha, na co ona tylko uśmiechnęła się i wtulając się we mnie jeszcze mocniej, zamknęła oczy.- Idziesz spać?-zapytałem biorąc do ręki pasmo rudych kłaków.
Wiki: No...- po czym ostatni raz się uśmiechnęła i po chwili zasnęła.
Dojechaliśmy. Wysiadłem z auta i otworzyłem drzwi Wiktorii z drugiej strony. Podałem jej rękę, aby wysiadła. Uśmiechnęła się i  wyszła z samochodu. Zamknąłem drzwi i poszedłem do bagażnika, po walizki. Wziąłem również jej walizkę i razem z jej rodzicami ruszyliśmy do Hotelu. Weszliśmy. Był elegancki i bardzo ładnie wystrojony. Popatrzyłam na Adama, który ciągnąc dwie walizki, patrzył na to z grymasem. Objęłam go, ponieważ mama się na nas gapiła...
Wiki: Nie podoba ci się?- spytałam, raz jeszcze rozglądając się dookoła.
Adam: No podoba, tylko...- mówił- Nie lubię takich wystrojów....Wolę bardziej nowoczesne.
Wiki: Wytrzymasz...- uśmiechnęłam się do niego i podeszłam do recepcji. Dostaliśmy z Adamem jeden klucz...na początku wydało się nam to dziwne, ale potem doszliśmy do wniosku, że w pokoju będą dwa oddzielne łóżka. Wchodząc do pokoju doznaliśmy wielkiego zdziwienie...na środku pokoju stało ogromne łoże małżeńskie. Patrzyliśmy raz na siebie, raz na łóżko...Usłyszeliśmy śmiech przechodzącej mamy, która zaraz zniknęła w korytarzu. Popatrzyłam na Adama. On jak zawsze uśmiechnięty dodał:
Adam: Wygląda na to, że jedno z nas będzie musiało spać w wannie...-podniósł brwi spoglądając na mnie
Wiki: Pozwolisz, żeby twoja dziewczyna spała w wannie?- uśmiechnęłam się zadziornie i zaczęła rozpakowywać walizki.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Był wieczór. Razem z Wiki przygotowywaliśmy się do wspólnej kolacji z jej rodzicami. Miała ona odbyć się w restauracji w Hotelu.  Wiki kazała mi ubrać garnitur... nienawidzę chodzić w garniturach. No ale dobra...jakoś to przeżyje. Był tylko jeden problem...od 10 minut męczyłem się z założeniem krawatu.  Na każdym razem miał jakieś takie dziwne kształtu. W końcu zawołałem Wiktorię, która przebierała się w łazience. Wyszła. Była ubrana w piękną czarną sukienkę, podkreślającą jej kształty. Była ona przed kolano. Odsłaniała jej piękne nogi. Byłem naprawdę zauroczony... na nogach miała błyszczące i wylakierowane czarne szpilki, na średnim obcasie. Patrzyłem na nią z podziwem. W końcu ona pomachała do mnie.
Wiki: Ziemia do Adama...w czym ci pomóc?- mówiła. Otrząsnąłem się i poprosiłem ja o założenie krawatu. Ona z uśmiechem pokręciła głową i podeszła do mnie. Kilkoma sprawnymi ruchami sprawiła, że mój krawat wyglądał idealnie. Poprawiła mi go i posłała mi ciepłe spojrzenie.
Wiki: Stresujesz się?- zapytała patrząc w moje oczy.
Adam: Nie...- mówiłem jak w amoku. Ta zieleń jej oczu...oniemiałem. W końcu ona swoją ciepłą dłonią dotknęła mojego policzka i lekko musnęła moje usta. W tym momencie do pokoju wbiegła mama.
Wanda: Idzie...- lecz widząc nasz pocałunek uśmiechnęła się i dokończyła zdanie.- Chodźcie, kolacja już gotowa.
Wiki: Już...- po czym jeszcze raz poprawiłam mojemu "chłopakowi" krawat i chwytając go za rękę, podążyliśmy za moją mamą do restauracji. Nagle usłyszałam za sobą szept Adama.
Adam: Fajnie kręcisz d^pą...- uśmiechnął się. Ja zrobiłam to samo,.

Mam nadzieję, że się spodoba:) / Zuza